sobota, 24 grudnia 2011

Radosnych świąt!

Zdrowych i radosnych 
świąt Bożego Narodzenia,
ciepłej, rodzinnej atmosfery, 
śniegu za oknem,
mnóstwa prezentów pod choinką,
a w Nowym Roku 2012
spełnienia marzeń i wszelkiej pomyślności! 

Zdjęcie pochodzi STĄD

niedziela, 18 grudnia 2011

Czytelniczka znakomita – Alan Bennett


„O pożytkach płynących z lektury” – tak można podsumować dzieło Alana Bennetta. To pochwała czytania, ubrana w formę opowiastki o królowej brytyjskiej, która przypadkowo odkryła w sobie zamiłowanie do książek. Monarchini podziela los większości moli książkowych. Zaczyna od lżejszych powieści, by stopniowo przejść do ambitniejszych. Z czasem zakłada zeszyt, w którym notuje swoje wrażenia z lektury. Stosuje rozmaite wybiegi, np. symuluje chorobę, by pozostać w łóżku i czytać; regularnie się spóźnia, nie chcąc oderwać się od ulubionego zajęcia. Na domiar złego Jej Wysokość notorycznie wprawia gości w zakłopotanie, pytając ich podczas oficjalnych spotkań o aktualne lektury lub opinię na temat konkretnego pisarza. Wszystko to nie podoba się dworzanom, którzy zawiązują spisek mający na celu ukrócenie nowego hobby królowej.

Nie ma tu żadnych szczególnie odkrywczych myśli. Dla książkowych pasjonatów oczywiste jest, że czytanie prowadzi do lepszego rozumienia ludzi i świata, może budzić empatię. Niemniej jednak jest to urocza, bezpretensjonalna i pełna humoru opowieść, którą pochłania się jednym tchem. Wielce przyjemna lektura. Warto.

Moja ocena: 4,5/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania W świecie książek

środa, 23 listopada 2011

Godzina przed świtem – Sara MacDonald


Sara MacDonald ma dar pisania o swoich bohaterach tak, że wydają się nie postaciami literackimi, a żywymi ludźmi. Ich wybory i działania są przekonujące, ich emocje udzielają się czytelnikowi. Autorka opowiada w fascynujący sposób, sprawiając że chcę poznać całą historię jak najszybciej, i co chwila zaglądam kilka kartek dalej… a jednocześnie chcę zwolnić, delektować się lekturą jak najdłużej.

Inspiracją dla powstania Godziny przed świtem stał się jeden z obrazów Friedensreicha Hundertwassera, malarza i architekta. Śladami tego austriackiego twórcy podąża Fleur, zbierając materiały do pracy. Podróż jest także pretekstem do odwiedzenia córki Nikki, mieszkającej w Nowej Zelandii. Po drodze Fleur zatrzymuje się w Singapurze, gdzie upłynęła znacząca część jej dzieciństwa i dorosłości. Tam przypadkowo dowiaduje się o odkryciu dokonanym w Port Dickson. Fleur razem z córką muszą znów wrócić pamięcią do dramatycznych wydarzeń sprzed lat, kiedy w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła Saffie, siostra bliźniaczka Nikki.

Z całą pewnością nie można zarzucić pisarce, że jej powieść jest płaska czy jednowymiarowa. To historia szczęśliwego małżeństwa, które zakończyło się tragicznie. Jednocześnie jest to powieść o skomplikowanych relacjach międzyludzkich, łączących matkę i córkę, rodziców i ich dzieci, mężczyznę i kobietę. O wyjątkowej więzi pomiędzy bliźniętami (okładka pięknie koresponduje tu z treścią). Sara MacDonald wiarygodnie pokazała, jak wydarzenia z przeszłości zdeterminowały życie bohaterów, jakie konsekwencje miały ich czyny. Jej książka mówi też o tym, że odpowiedzi na wiele pytań znajdują się w naszej świadomości.

Powieść jest świetnie skonstruowana – teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami, stopniowo odkrywającymi to, co wydarzyło się 28 lat wcześniej. Fabuła stale trzyma w napięciu, mimo iż czytelnik przeczuwa, co się wydarzyło; i chociaż wydaje mu się, że zna już wszystkie elementy układanki, zakończenie wywiera silne wrażenie. Autorka pisze w „zmysłowy” sposób, budując nastrój stara się oddać dźwięki, zapachy, kolory (nie bez znaczenia jest, że zna malezyjskie realia). Idea Hundertwassera zaś stanowi efektowną klamrę spinającą opowieść. Wprawdzie znalazłam w książce kilka zdań, które pasowałyby raczej do mało ambitnego romansu niż do dobrej powieści obyczajowej. Jest to jednak drobiazg wobec innych zalet Godziny przed świtem. Dlatego w obrębie średniej półki, jaką reprezentuje, stawiam powieść Sary MacDonald naprawdę wysoko.

Moja ocena: 6/6

piątek, 28 października 2011

Ukojenie – Ian McEwan


Jak opowiedzieć o książce, która wstrząsnęła i zszokowała, nie zdradzając zakończenia? Nie można, nie wypaczając przy tym jej wymowy. Co właściwie pisarz chciał przekazać poprzez tę historię? To dopiero druga powieść McEwana, którą przeczytałam, widzę już jednak, że zwykle zawiera w swoich utworach co najmniej kilka istotnych spostrzeżeń. Przeważnie oczywistych, a mimo to skłaniających do przemyśleń. A zatem: manipulowanie uczuciami człowieka – zwłaszcza dziecka, wychowanie w atmosferze strachu i brak poszanowania jego godności może uczynić z niego zwyrodnialca. Zło potrafi wabić tak umiejętnie, że przyciągnie ofiarę niczym płomień świecy ćmę. W obliczu zagrożenia umacnia się uczucie pomiędzy dwojgiem ludzi. Piękno jest kruche i bezbronne.

„Ukojenie” jest opowieścią o kochających się, lecz znudzonych sobą Mary i Colinie, spędzających urlop w Wenecji. Kontrastem dla ich spokojnego i bezpiecznego związku jest niepokojąca zależność między poznanymi przypadkowo Caroline i Robertem. Dzięki tej znajomości Mary i Colin odnaleźli się na nowo. Ich letnie dotąd uczucie zmieniło się w relację pełną wzajemnego szacunku i troski, łagodności i delikatności, na nowo rozbudzonej namiętności, miłości okazywanej sobie na każdym kroku. I zostało zniszczone przez bezwzględne okrucieństwo ludzi realizujących swoje chore fantazje.
Nie pamiętam, aby kiedykolwiek w dorosłym życiu książka pozostawiła mnie tak roztrzęsioną. Autor w okrutny sposób zagrał na moich emocjach. Po takiej lekturze rzeczywiście potrzeba ukojenia...
Tym razem bez oceny.

PS. Czy którakolwiek z książek McEwana ma, może niekoniecznie szczęśliwe, ale przynajmniej optymistyczne bądź neutralne zakończenie? Wypożyczyłam szukany długo „Amsterdam”, ale teraz waham się, czy go w ogóle czytać. McEwan bezsprzecznie pisze świetnie, tylko... może nie dla mnie. 

wtorek, 11 października 2011

Książka na jesienne wieczory (konkurs)


Lato było w tym roku wyjątkowo kapryśne, a przez to zbyt krótkie. Wrzesień zatarł wspomnienie lipcowej pluchy, niestety od kilku dni jesień ukazuje swoje brzydsze oblicze. To moja ulubiona pora roku – ze względu na drzewa mieniące się w słońcu kolorami, liście przelewające się przez stopy z szelestem, śliwki, orzechy, winogrona... Tym razem jednak ze szczególną niechęcią witam coraz dłuższe wieczory. Przygnębia mnie też perspektywa zmiany czasu na zimowy, przez którą w najbliższych miesiącach będę miała koszmarne problemy ze wstawaniem. Cóż, jedyna rada to przeczekać, spędzając ten czas aktywnie i towarzysko, bądź zaszywając się pod kocem z kubkiem gorącej czekolady lub herbaty i... dobrą książką.

Poniżej znajdują się trzy fotografie, wykonane przeze mnie podczas tegorocznych wojaży. Pierwsza osoba, która poda w komentarzu nazwy wszystkich trzech miast widocznych na zdjęciach, otrzyma książkę Ewy Kujawskiej „Dom Małgorzaty”. W konkursie nie mogą brać udziału osoby, którym zdradziłam, gdzie mnie nosiło. Zagadka chyba dość prosta. Powodzenia!

wtorek, 27 września 2011

Biblioteka cieni – Mikkel Birkegaard


Nie odnotowywałam dotąd książek, których nie doczytałam do końca. Ponieważ tym razem chodzi o lekturę wyzwaniową, czuję się w obowiązku napisać kilka słów. Przede wszystkim pomysł Stowarzyszenia Lektorów – ludzi umiejących wpływać na innych poprzez głośne czytanie – wydał mi się sztuczny i naciągany (dobry aktor może osiągnąć identyczny efekt). Następnie autor wystawił moją cierpliwość na jeszcze większą próbę, dzieląc stowarzyszenie na lektorów (nadawców) i odbiorców potrafiących kontrolować czytających ludzi, odbierających obrazy, jakie lektura wywołuje w ich umysłach i wzmacniających wrażenia czytelników (???...). Książka jest przeładowana niepotrzebnymi informacjami, niczego niewnoszącymi do fabuły. Do tego bohaterowie zachowują się niekiedy dziwacznie (nieuzasadnione chichoty, sprawdzanie ni z tego, ni z owego, czy ktoś ich nie śledzi itp.), co obudziło we mnie podejrzenie, że Stowarzyszenie Lektorów może być po prostu grupą wariatów. To wszystko plus moja alergia na zdarty do cna motyw władzy nad światem (wspomniany w okładkowej notce) spowodowało, że poddałam się ostatecznie na 124 stronie, choć miałam ochotę rzucić książką dużo wcześniej. Pomysł może nie jest zły, lecz z pewnością niedopracowany; wygląda to tak, jakby autor zapisywał wszystko, co mu przyszło do głowy. Być może jest to lepszy materiał na film (á la Kod da Vinci) niż na książkę. Kolejne lektury wyzwaniowe będę dobierać znacznie uważniej, nie zdając się już na przypadek.
Moja ocena: 1/6

niedziela, 25 września 2011

Murzyn – Tatjana Gromača


Książka o niewielkiej objętości, zaskakująca bogatą treścią. Skrawki wspomnień, z których jest zbudowana, składają się na opowieść o dzieciństwie, dorastaniu, wojnie na Bałkanach i życiu po niej. Dzieciństwo głównej bohaterki upłynęło na wsi. Było szczęśliwe, choć jej rodzice nie zawsze potrafili się porozumieć; do tego spory wpływ na wychowanie dziewczynki miała surowa babka. Przeciwwagą dla tej surowości była czułość, jaką okazywali wnuczce dziadkowie ze strony matki. Granicę między dzieciństwem a dorosłością wyznaczyła pierwsza miłość o posmaku zakazanego owocu. Bohaterka obdarzyła uczuciem mężczyznę znacznie starszego od siebie, czego jej rodzice nie umieli zaakceptować. Później było życie studenckie – mieszkanie na stancjach, niedojadanie, podkradanie w sklepach, spotkania towarzyskie zakrapiane alkoholem. I wojna, która wybuchła, gdy dziewczyna zaczęła studiować. Wojna rozdzielająca kochanków, stawiająca rodziny po przeciwnych stronach. Ludzie, którzy wiele lat żyli obok siebie, nagle stali się wrogami, ale w sposób dziwny, sztuczny, niejako narzucony odgórnie. Podziały te utrzymywały się jeszcze po zakończeniu konfliktu. W szkołach przy nazwiskach dzieci odnotowywano ich pochodzenie, zaś dziewczyna wraz z rodzicami nie mogła odwiedzać babci w szpitalu, ponieważ byli „obywatelami wrogiego państwa”.
Ta opowieść jest tak gęsta od rozmaitych wątków, porusza tak wiele kwestii, że nie sposób o wszystkich napisać. Autorka celowo pozostawiła swoich bohaterów bezimiennymi – ich losy mogą być udziałem wielu Europejczyków. Piękna i oszczędna proza, bez jednego niepotrzebnego zdania. Znakomita.

Moja ocena: 5,5/6

sobota, 17 września 2011

Na granicy – Brian McGilloway


Zasadniczymi cechami dobrego kryminału są świetnie skonstruowana intryga oraz wyrazista postać prowadzącego śledztwo. Na granicy McGilloway’a ma je obie. Detektyw Benedict Devlin budzi sympatię, bo jest zwyczajnym facetem. To trzydziestoparoletni, doświadczony policjant, któremu jednak zdarza się zagalopować i strzelić gafę, bądź też stracić panowanie nad sobą, gdy podejrzany gryzie go w rękę. Prywatnie jest ojcem dwójki małych dzieci i przykładnym mężem, aczkolwiek wrażliwym na kobiece wdzięki. To ostatnie przysparza mu kłopotów, gdy w jego życie ponownie wkracza dawna sympatia, Miriam Powell. Devlin stara się godzić pracę z obowiązkami wobec rodziny, co bywa trudne, gdy zbrodnia wydarza się tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Właśnie wtedy na granicy między Republiką Irlandii a Irlandią Północną zostaje znalezione ciało nastolatki, zaś kilka dni później – zwłoki mężczyzny w spalonym samochodzie. Początkowo wydaje się, że to dwie odrębne sprawy. Jednak złoty pierścionek, który miała na palcu dziewczyna, okazuje się tropem prowadzącym do niewyjaśnionego zaginięcia kobiety, jakie miało miejsce ponad dwadzieścia lat wcześniej. W trakcie śledztwa wychodzi na jaw, że w sprawę może być zamieszany szef Devlina, nadinspektor Costello... Fabuła trzyma w napięciu aż do dramatycznego i zaskakującego finału. Lekki, potoczysty styl sprawia, że książkę czyta się płynnie i nie chce odłożyć choćby na chwilę.
Moja ocena: 5/6

sobota, 3 września 2011

Na plaży Chesil – Ian McEwan


Byli młodzi, wykształceni, w noc poślubną oboje bez doświadczenia w „tych sprawach”, i żyli w epoce, w której rozmowa o problemach seksualnych była po prostu niemożliwa (s. 9) – w tym rozpoczynającym powieść zdaniu zawarta jest nie tylko zapowiedź dramatu, ale i treść książki. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, że to jedynie opowieść o nocy poślubnej, która – nie zdradzę tu żadnej tajemnicy – zakończyła się fiaskiem. To przede wszystkim studium związku dwojga ludzi u progu dorosłości. Florence i Edward potrafią rozmawiać na różne tematy, ale nie o tym, co najistotniejsze i co ich obojga dotyczy. Łączy ich uczucie, ale nie ma w tej relacji szczerości, otwartości, porozumienia. Czy to skutki zimnego wychowu, kultury tamtych czasów i zasad, jakie im wpojono? W dużym stopniu na pewno. Ale główną przyczyną jest niedojrzałość obojga. To ona każe im tłumaczyć i usprawiedliwiać każde zachowanie, przedkładać konwenanse nad to, czego sami chcą. Edward chce uniknąć zaskoczenia kelnerów, dlatego nie przerwie kolacji, chociaż ma wielką ochotę zabrać Florence na plażę. Florence nie przyzna się do swoich obaw, bo sądzi, że przyjmując rolę żony automatycznie zgodziła się na wszystko, czego oczekuje od niej Edward. Nic dziwnego zatem, że zamek, który się zaciął w sukience, jest przeszkodą nie do przebycia, a nie zwykłą złośliwością rzeczy martwej, którą należy potraktować z humorem. Nic dziwnego, że w kryzysowej sytuacji do głosu dochodzą źle pojęta ambicja i urażona duma, a brakuje wyrozumiałości. Edward dopiero po latach rozumie, że kluczem były miłość i cierpliwość – gdyby tylko zdołał je jednocześnie okazać, obojgu udałoby się przez to przebrnąć (s. 197). Historia dość przewidywalna... a jednak od książki trudno się oderwać.

Moja ocena: 5/6

piątek, 29 lipca 2011

One Lovely Blog Award



Zostałam nominowana do One Lonely Blog Award przez Marudę007, Paulę, Magdę i Keirę. Bardzo dziękuję, nie spodziewałam się tylu wyróżnień! Oto zasady zabawy:


 
  • na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała
  • napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli
  • nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała)
  • zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji

Wybaczcie, że trwało to tak długo, ale publiczne mówienie o sobie nie przychodzi mi łatwo ;-). Ad rem:

1)      kiedyś byłam sową, dziś lubię wcześnie wstać choć do skowronka mi daleko. Piąta, a nawet szósta rano to nieludzka pora, zwłaszcza zimą. Jedynie podróż może usprawiedliwić wczesną pobudkę – choćby i w środku nocy;
2)      nie potrafię zasnąć nie przeczytawszy chociażby kilku zdań. Nawet gdy już oczy mi się kleją, sięgam po książkę, by dopełnić codziennego rytuału;
3)      należę do Klubu 35, tzn. noszę taki właśnie rozmiar obuwia, notabene dość popularny wśród blogowiczek ;-). Co to oznacza dla dorosłej kobiety, chyba nie trzeba nikomu wyjaśniać...
4)      uważam spodnie za jeden z najwspanialszych wynalazków świata;
5)      nie mam prawa jazdy i nie korci mnie, żeby zrobić. Świetnie się czuję jako pasażer, bo mogę czytać bez przeszkód;
6)      pociągi to mój ulubiony środek lokomocji – szczególnie, gdy mam miejscówkę;
7)      uwielbiam moment, kiedy w sali kinowej powoli gaśnie światło i zaczyna się seans.

Nie będę nominować kolejnych szesnastu osób, ponieważ chyba już wszyscy brali w niej udział :-)

niedziela, 17 lipca 2011

Przepis na małżeństwo doskonałe – Morag Prunty



Raz na pewien czas daję się skusić zachęcającemu opisowi na okładce bądź pochlebnej recenzji i sięgam po książkę, która ma być lekka, a zarazem niegłupia. Niestety niemal za każdym razem okazuje się, że it’s not my cup of tea, jak powiedziałaby Kasia.eire, i że powinnam raczej trzymać się starych i wypróbowanych kryminałów jako odskoczni od bardziej wymagającej literatury. „Przepis na małżeństwo doskonałe” to przeplatające się historie Bernadine i Tressy – babci i wnuczki. Obie wyszły za mąż z rozsądku i obie próbowały się jakoś w tej sytuacji odnaleźć. O ile historia Bernadine – mimo drobnych zgrzytów – jest wiarygodna i całkiem ciekawa, o tyle losy, a przede wszystkim postępowanie Tressy kompletnie nie do przyjęcia. Kobieta zbliżająca się do wieku średniego notorycznie działa wbrew swoim wcześniejszym postanowieniom, równie często też przeczy sama sobie (np. wieloletnia przyjaciółka, Doreen, nagle zostaje ukazana jako wredna zołza, co jednak nie przeszkadza Tressie wywnętrzyć się przed nią całkowicie i obsmarować męża. Gdy jednak Doreen namawia ją, by rozstała się z mężem, Tressa natychmiast uznaje, że to właśnie on jest mężczyzną jej życia i bez wahania rezygnuje z przyjaźni na rzecz małżeństwa, które dopiero co przedstawiła jako nieudane). Sprawiedliwie przyznaję, że jest tu kilka trafnych spostrzeżeń, nieco zapowiadanej na okładce „życiowej mądrości”, to jednak książki nie ratuje. Realiów irlandzkich jak na lekarstwo, co do przepisów zaś – część z nich stanowczo poddałabym modyfikacji (łyżeczka soli na filiżankę masy ziemniaczanej do placków?... pół kilo cukru do ciasta z pół kila mąki?!...). Czytałam z coraz większym zniecierpliwieniem, chcąc tylko się dowiedzieć, jak zakończyła się historia Bernadine i stwierdzam, że chyba nie było warto. Jedyną cenną informacją, jaką wyniosłam z lektury, jest nazwa „pychotki”, irlandzkiego specjału, który pojawił się we wspomnieniach Alice Taylor (byblos, na zachodzie Irlandii znany jako „pobs”, na południu jako „goodie”), w tym celu jednak wystarczyło zajrzeć na koniec książki zamiast czytać całość. Muszę sobie zakonotować, że powieści, w których zakochani/narzeczeni/kochankowie/małżonkowie zwracają się do siebie per skarbie/kochanie/kotku (dobrze, że nie misiu-pysiu), stanowczo nie są dla mnie.

Moja ocena: 2,5/6

niedziela, 10 lipca 2011

Niespokojny człowiek - Henning Mankell


W ostatnim tomie wallanderowskiego cyklu wątek kryminalny jak zwykle trzyma w napięciu. Jest tu niewyjaśnione zdarzenie z czasów zimnej wojny, kiedy to pozwolono odpłynąć obcemu okrętowi podwodnemu, który wtargnął na szwedzkie wody terytorialne. Jest tajemnicze zniknięcie mężczyzny, który opowiedział o tym komisarzowi – Håkana von Enke, a później jego żony. Mankell skonstruował intrygę w mistrzowski sposób, łącząc ją z wydarzeniami w szwedzkiej polityce. Jednak ta książka w znacznie większym stopniu niż pozostałe jest poświęcona samemu Kurtowi Wallanderowi. Komisarz spełnia wreszcie marzenie o wyprowadzce na wieś, kupując dom z muru pruskiego pod Ystad. Ma też psa, czarnego labradora o imieniu Jussi. Rodzi mu się pierwsza wnuczka. Pojawiają się dolegliwości związane z wiekiem, cukrzyca daje mu się we znaki. Postępujący upływ czasu skłania Wallandera do rozmyślań o minionych latach, o związkach z Moną i Baibą. Komisarz dokonuje rozrachunków i podsumowań. I zaczyna bać się samotności i śmierci...
Cenię kryminały Mankella nie tylko za klimat, tło obyczajowe i sposób prowadzenia fabuły, ale przede wszystkim za postać Kurta Wallandera, człowieka myślącego, targanego rozterkami, nieraz nieradzącego sobie z trudnymi sytuacjami życiowymi, jak rozpad małżeństwa. Ładnie żegna się pisarz ze swoim bohaterem... choć smutno.

Moja ocena: 5/6

sobota, 18 czerwca 2011

Uzbierało się...

Wziąwszy sobie do serca radę Maioofki, aby dzielić się swoim szczęściem, prezentuję niniejszym powody do szczęścia, jakie przybyły mi w ciągu ostatnich tygodni. Co prawda poprzedni stosik ciągle jeszcze nieprzeczytany (uporałam się zaledwie z dwiema książkami, trzecia smętnie czeka na dokończenie), jednak ten temat pomijamy godnym milczeniem i udajemy, że nic o tym nie wiemy. Od dołu:


Józef Baran Rondo – tak mnie zachwyciły te wiersze, że natychmiast po przeczytaniu nabyłam własny egzemplarz
Asia i Edi Pyrek Ale o co chodzi? – trzy fascynujące podróże w przeszłość Portugalii, Irlandii (!) i Turcji
James Herriot Jeśli tylko potrafiłyby mówić i To nie powinno się zdarzyć – uwielbiam przeceny w Matrasie
Dawid Rosenbaum Zapachy miast – wreszcie mogę wyrzucić stare „Bluszcze”
Anne Fadiman Ex libris. Wyznania czytelnika – przeczytane kilka lat temu; gdy zobaczyłam to przepiękne wznowienie, nie mogłam się oprzeć
C. S. Lewis Cztery miłości i Chrześcijaństwo po prostu – to chyba będzie lektura na jesień
Kathryn Stockett Służące – amerykańskie południe i silne kobiety; więcej nie było mi trzeba

Zdjęcie zrobiłam już jakiś czas temu, a w międzyczasie zaczął rosnąć kolejny stos... Z całą pewnością na brak wyboru nie mogę narzekać.

czwartek, 16 czerwca 2011

Nowe przygody Mikołajka – René Goscinny, Jean-Jacques Sempé


Cykl o Mikołajku czytałam jako nastolatka, a później kilkakrotnie do niego wracałam (i wracam do dziś). Za każdym razem bawiłam się przy czytaniu wyśmienicie, śmiejąc do łez. Dlatego z radością powitałam wiadomość, że ukażą się kolejne tomy. Będąc ostatnim razem w bibliotece wreszcie trafiłam na „Nowe przygody Mikołajka” i bez wahania ściągnęłam opasłe tomisko z półki. Niestety powroty nie zawsze są udane... tak jest i w tym przypadku.
Niby pomysły były obiecujące (golenie misia maszynką taty, przeprowadzka Kleofasa, wizyta w zoo i w cyrku, zakładanie bandy, wizyta Mikołajka u taty w pracy, obiad rodzinny w restauracji itp. itd.), niby czytało mi się lekko i bez wstrętu, ale na osiemdziesiąt opowiastek serdecznie śmiałam się tylko przy trzech (Plask plask, Trąbka, Jak dorosły). Owszem, w innych rozdziałach jest i humor, i celne puenty, ale to jednak nie to co we wcześniejszych książkach z cyklu. Chyba nie bez powodu te historyjki przeleżały tyle lat w szufladzie... Dodatkowo lekturę psuje brak chronologii, np. Jadwinia, sąsiadka Mikołajka, pojawia się już w pierwszej opowieści, ale o tym, jak państwo Courteplaque się sprowadzali, czytelnik dowie się dopiero w połowie książki. Bronią się jedynie rysunki Sempé’go, nieodmiennie zabawne. Generalnie zawiodłam się, bo i spodziewałam czegoś więcej. Mikołajek śmieszyć powinien, i basta. No bo co w końcu, kurczę blade!

Moja ocena: 3/6

niedziela, 12 czerwca 2011

Sekretne życie pszczół – Sue Monk Kidd


Ekranizację oglądałam, gdy tylko weszła do kin, książkę udało mi się wypożyczyć dopiero teraz. Bałam się trochę, że okaże się czytadłem, na szczęście te obawy okazały się przesadzone. To ciepła i urzekająca, lecz nie przesłodzona opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, swoich korzeni, a jednocześnie wiarygodny psychologicznie zapis dorastania czternastoletniej dziewczyny.

Lily Owens mieszka z nieczułym i brutalnym ojcem oraz czarnoskórą nianią Rosaleen. W wieku czterech lat straciła matkę. Jako pamiątki po niej zostały rękawiczki, zdjęcie oraz obrazek Czarnej Madonny z napisem „Tiburon, Kar. Płd.”, które dziewczynka odnalazła na strychu i pieczołowicie skrywa przed ojcem. Kiedy Rosaleen wpada w kłopoty, razem z Lily uciekają do Tiburonu. Tam trafiają do sióstr Boatwright prowadzących pasiekę. Wyrabiany przez nie miód jest sprzedawany w słoikach opatrzonych nalepkami z Czarną Madonną. Uciekinierki podejmują pracę u sióstr w zamian za jedzenie i dach nad głową. Pod czujnym okiem August Boatwright Lily uczy się pszczelarstwa, przeżywa pierwszą miłość i nabiera sił, aby zmierzyć się z prawdą o swojej matce i sobie samej. To, czego się dowiaduje, pozwala jej też zrozumieć ojca.

Tłem tej historii są lata sześćdziesiąte XX wieku, kiedy to podpisano ustawę o prawach obywatelskich, pozwalającą czarnoskórym Amerykanom głosować w wyborach. Dlatego problem rasistowskich zachowań jest równie istotnym wątkiem co dorastanie Lily. Ale jest to także opowieść o sile kobiet, mężnie stawiających czoło przeciwnościom losu i akceptujących życie takim, jakie jest. A także o tym, jak zawiedzione nadzieje mogą zmienić człowieka. I choć znalazłam w niej kilka potworkowatych zdań („z mojego serca wystrzeliła mała gałązka smutku”, „na jej plecach wyrósł wielki garb milczenia”), to jednak stawiam książce wysoką ocenę – za przekonujące postaci, optymistyczne przesłanie, humor oraz za trafiającą w sedno definicję autostopu: „stajesz przy drodze z podniesionym kciukiem i ktoś się w końcu nad tobą lituje” (s. 52).

Moja ocena: 5,5/6

wtorek, 7 czerwca 2011

Karty na stół – Agatha Christie


Pan Shaitana, człowiek o diabolicznym wyglądzie i specyficznym poczuciu humoru, zaprasza Herkulesa Poirota na obiad. Uprzedza detektywa, że jego gośćmi będą również ludzie, którym udało się popełnić zbrodnię doskonałą. Oprócz czworga podejrzanych na przyjęciu obecnych są również cztery osoby związane z wymiarem sprawiedliwości -  nadinspektor Battle, pułkownik Race, pisarka Ariadna Oliver oraz sam Poirot. Przy stole toczy się rozmowa na temat sposobów popełniania morderstw, a pan domu czyni znaczące uwagi. Po obiedzie goście zasiadają do stolików brydżowych rozstawionych w dwóch pokojach, Shaitana zaś odpoczywa w fotelu przed kominkiem. Krótko po północy część osób zamierza rozejść się do domów, i wówczas okazuje się, że gospodarz padł ofiarą morderstwa... Nikt poza czworgiem brydżystów nie wchodził do pokoju. Za to każda z tych osób miała sposobność i powód, aby popełnić zbrodnię...

To idealna lektura dla tych, którzy lubią wiedzieć tyle samo co prowadzący śledztwo, i samodzielnie dedukować. Dodatkowym smaczkiem uprzyjemniającym czytanie jest żart literacki. Jedna z uczestniczek feralnego obiadu to pisząca kryminały i powieści sensacyjne pani Oliver, autorka m.in. „Nocy w bibliotece” (sic!). Z jej postacią wiąże się wiele komicznych sytuacji i scen, jak choćby ta, w której pani Oliver ujawnia swoją receptę na dobry kryminał: Chodzi tylko o to, by było dużo trupów! Jeśli historia staje się odrobinę nudna, można ją ożywić znajdując następną ofiarę. Ktoś zamierza coś wyznać i właśnie wtedy zostaje zabity. To ma zawsze powodzenie. (...) Czytelnicy lubią niewykrywalne trucizny, głupich inspektorów policji, dziewczyny związane w piwnicach, w których wydobywa się gaz albo zalewa je woda (to doprawdy bardzo kłopotliwy sposób zabijania), i bohatera, który gołymi rękami może załatwić w pojedynkę siedmiu łajdaków. (...) Żałuję tylko, że zrobiłam swojego detektywa Finem. Nie wiem nic o Finach i wciąż dostaję z Finlandii listy wytykające mi, że zrobił on coś nieprawdopodobnego.

Niemal na samym początku wytypowałam mordercę, z każdym kolejnym rozdziałem utwierdzając się w przekonaniu, że tym razem odgadłam... Oczywiście nie trafiłam; nie tracę jednak nadziei, że kiedyś mi się to uda. Muszę jednak przyznać, że tym razem autorka, niby to podkpiwając z kryminałów i ich czytelników (i z samej siebie?...), po mistrzowsku wywiodła mnie w pole, bo mordercą rzeczywiście okazała się osoba, której absolutnie bym o to nie podejrzewała.
Dodam jeszcze tylko, że „Karty na stół” powstały w 1936 roku, zaś „Noc w bibliotece” Christie wydała w 1942 r. :-)

Moja ocena: 5/6

niedziela, 22 maja 2011

Paddy Clarke Ha! Ha! Ha! – Roddy Doyle


Roddy Doyle jest bezsprzecznie moim ulubionym irlandzkim pisarzem. Stale wracam do jego trylogii o rodzinie Rabbitte’ów z robotniczej dzielnicy Dublina. Wysoko cenię także dwie inne jego powieści – „Kobieta, która wpadała na drzwi” i „Gwiazda zwana Henry”. Nagrodzoną Booker Prize w roku 1994 książkę „Paddy Clarke Ha! Ha! Ha!” zostawiłam sobie na koniec. Jak zwykle nie zawiodłam się, choć z pewnych względów podobała mi się mniej niż pozostałe. Ale po kolei.

Dom, szkoła i podwórkowe zabawy z kolegami – to świat typowego dziesięciolatka. Paddy Clarke ma dostatni dom i rodziców, którzy poświęcają mu wystarczająco dużo uwagi. Ma również młodszego brata Francisa, z którym się czubi, i dwie malutkie siostry. Jest całkiem dobrym uczniem, dlatego szkoła nie jest dlań nieprzyjemnym miejscem, mimo iż stosowane są w niej kary cielesne. Popołudnia to czas spędzany z rówieśnikami na pomysłowych grach, choć niekiedy niebezpiecznych i okrutnych. Dla dziesięcioletniego urwisa zabawy z kolegami, zwłaszcza te wiążące się z bólem fizycznym (poznawanie granic własnych możliwości) są wspaniałą atrakcją, podobnie jak oczekiwanie, na kogo i za co spadnie nauczycielska kara. Mały Patrick z ciekawością poznaje otaczający go świat i uczy się zasad w nim panujących. Jego dzieciństwo jest radosne i beztroskie – do momentu, w którym zaczyna rozumieć, co dzieje się w jego domu.

Powieść Doyle’a jest przede wszystkim obrazem rozkładu rodziny. Rodziny pozornie szczęśliwej, w której najpierw pojawiają się nieporozumienia, potem kłótnie, a w końcu dochodzi do rękoczynów. Matka i ojciec kryją się ze swoimi sporami przed dziećmi, jednak dla bystrego Paddy’ego nie jest to tajemnicą. Autor ukazał konflikt pomiędzy dorosłymi widziany oczyma dziecka, które kocha oboje rodziców i nie rozumie, dlaczego nie potrafią się dogadać. Doskonale uchwycił też moment, w którym kończy się dzieciństwo, a zaczyna dorastanie. Nie dzieje się to w chwili, kiedy Paddy obserwuje stosowanie przemocy przez nauczycieli, ani gdy dostaje w skórę za drobne kradzieże. Jego postrzeganie rzeczywistości zmienia się, gdy do chłopca dociera, że jego rodzina się rozpada. Na sprzeczki matki i ojca Paddy reaguje w dość typowy sposób – myśleniem magicznym („jeśli będę czuwał całą noc, nie pokłócą się”). I ucieka w naukę, do której wcześniej niezbyt się przykładał. Uświadamia też sobie wówczas, jak silna więź łączy go z bratem, którego na co dzień nie znosi, ale którego bliskość jest dla niego oparciem w tej trudnej sytuacji.

To z całą pewnością świetna książka, choć od początku wyczuwałam w niej pewien smutek. Losy bohaterów innych powieści irlandzkiego pisarza także nie były łatwe. Mimo wszystko inaczej czyta się o ciężkim życiu dorosłych niż o końcu bezpiecznego i beztroskiego świata małego chłopca, bezradnego wobec postępowania rodziców. Doyle wykazał się doskonałą znajomością dziecięcej psychiki. Prawda psychologiczna i autentyzm postaci to zresztą charakterystyczne i mocne atuty pisarstwa Roddy’ego Doyle’a, podobnie jak wnikliwa obserwacja i poczucie humoru. Tym bardziej nie mogę pojąć, dlaczego kolejne książki tak znakomitego pisarza nie są tłumaczone na język polski.

Moja ocena: 5,5/6

wtorek, 3 maja 2011

Wielka Czwórka – Agatha Christie

Tytułowa Wielka Czwórka to organizacja wpływowych ludzi dążąca do przejęcia władzy nad światem. Chińczyk Amerykanin, Francuzka i tajemniczy Numer Czwarty dla osiągnięcia własnych celów nie cofają się przed kolejnymi zbrodniami. Herkules Poirot wraz z przyjacielem, kapitanem Hastingsem, wytrwale tropi organizację, używając swej niezawodnej metody czyli małych szarych komórek. Mimo iż trup ściele się gęsto, słynny detektyw jest przekonany, że coraz lepiej poznaje przeciwnika i jest w stanie przewidzieć jego dalsze działania.

Znalazłam kilka nieścisłości (czyżby to błąd w tłumaczeniu?...) – dziwne mi się wydało, że człowiek, który podczas wybuchu nie został nawet poważnie ranny, dopiero po miesiącu odzyskuje siły; a już całkiem niemożliwe, że nieprzytomna po wypadku kobieta chce pilnie rozmawiać z Poirotem. Są tu nagłe zwroty akcji, specyficzne gadżety (śmiercionośna broń ukryta w papierosie), a niektóre zbrodnie są popełniane w bardzo przemyślny sposób. Zakończenie do ostatka trzymające w napięciu i tak efektowne, jak we współczesnym kinie akcji. I chociaż można przy tej lekturze pogimnastykować umysł, a mały Belg jest równie ujmujący co denerwujący, to jednak uznałabym tę książkę za jedną z mniej udanych tej autorki. A może po prostu obejrzałam o jednego „Bonda” za dużo.

Moja ocena: 3,5/6

czwartek, 28 kwietnia 2011

Losowanie


Nadejszla wiekopomna chwila czyli dzień losowania książki Viewegha. Zgłosiło się dziewięć osób. Dziękuję wszystkim za udział! Ponieważ wszelkie komputerowe programy losujące stanowią dla mnie czarną magię, postanowiłam rzecz całą przeprowadzić drogą tradycyjną. Sporządziłam losy, znalazłam odpowiednie naczynie, po czym maszyna losująca w postaci mojego Brata wyciągnęła jeden z karteluszków. Zwyciężczynią okazała się...

Serdecznie gratulujemy Alinie!

PS. Jak widać nie tylko użycie specjalnego programu przekracza moje możliwości, ale nawet umieszczenie zdjęcia w środku posta, coby choć odrobinę podnieść napięcie. Baba na Bloggerze, ech...

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Testament samobójcy – Jerzy Edigey


Zastanawiam się, po co wypożyczam kryminały z biblioteki? Odnoszę je później z niesmakiem, nieprzeczytane, tymczasem na półce w moim własnym domu stoją takie perełki! Do mecenasa Mieczysława Ruszyńskiego zgłasza się rzemieślnik Włodzimierz Jarecki w sprawie testamentu. Część swojego majątku przekazuje w nim żonie, zaś warsztat zapisuje Stanisławowi Kowalskiemu, który w czasie Powstania Warszawskiego uratował mu życie. Razem z ostatnią wolą zostawia adwokatowi list adresowany do Komendy MO z zaleceniem otwarcia po jego śmierci. Krótko potem zmasakrowane zwłoki rzemieślnika zostają znalezione pod wiaduktem mostu Poniatowskiego. Milicja otwiera list, w którym Jarecki opisał okoliczności swojej śmierci, wyjaśnił powód samobójstwa (śmiertelna choroba) oraz dlaczego upozorował je na zbrodnię. Sekcja zwłok wykazuje jednak, że był zdrowy. Mecenas Ruszyński przystępuje do realizacji testamentu. Wówczas wychodzi na jaw, że Stanisław Kowalski nie jest tym, za kogo się podaje... W niedługim czasie zostaje popełniona nowa zbrodnia, a Ruszyński rozpoznaje w zabitym Włodzimierza Jareckiego...

Ruszyński to uparty adwokat dążący do wyjaśnienia prawdy, a do tego z zasadami – wzruszyłam się, gdy mecenas twardo odmawiał przyjęcia łapówki, a zamiast wyjazdu zagranicznego wolał Nałęczów. Edigey przemycił lekką kpinę z autorów kryminałów, którzy akcje swych powieści umieszczają w Anglii lub w Nowym Jorku. I chyba miał trochę racji, bo jak widać można było napisać dobry kryminał osadzony w polskich realiach. Ciekawa intryga, piękna kobieta, świetnie nakreślone postaci z półświatka, niezwykle uprzejmi oficerowie milicji i kapitalny (!) humor. Czegóż chcieć więcej :-).

Moja ocena: 4,5/6

sobota, 23 kwietnia 2011

Rocznica bloga


Dziś mija rok od pierwszego wpisu na blogu. Cieszę się, że wytrwałam, mimo że czasu na czytanie nadal mam zbyt mało (czy któryś mól książkowy powiedziałby, że ma go za dużo?...), a jeszcze mniej na pisanie postów. Dziękuję wszystkim Odwiedzającym i Komentującym, to dzięki Waszemu życzliwemu zainteresowaniu trzymam się w karbach i nie odpuszczam sobie ;-).

Czy ktoś chciałby przygarnąć widoczną obok książeczkę?... Jeśli tak, wystarczy napisać w komentarzu „zgłaszam się”. Wpisy przyjmuję do czwartku 28.04 do godziny 18.00; losowanie (o ile będzie więcej niż jedna chętna osoba) postaram się przeprowadzić jeszcze w tym samym dniu.



Chciałabym też życzyć wszystkim Blogowiczom, aby nadchodzące
święta Wielkanocy
były czasem wyjątkowym i pełnym ciepła.
Miłych chwil z bliskimi przy świątecznym stole, wytchnienia od codzienności,
udanego wypoczynku, spokoju, radości i wiosennego optymizmu!

wtorek, 19 kwietnia 2011

I rzeczywiście – Frank McCourt


„I rzeczywiście” to kontynuacja książki „Prochy Angeli” (w Polsce wydanej także pod tytułem „Popiół i żar”), którą czytałam jeszcze przed założeniem bloga. Frank McCourt wspomina w niej czas po przybyciu do Stanów Zjednoczonych – sprzątanie w hotelu, służbę w wojsku, pracę w dokach, studia uniwersyteckie oraz lata uczenia w szkołach średnich. Jest to opowieść o życiu emigranta, ale też o wielkiej sile marzeń. Młody Frank miał sporo szczęścia – dzięki pomocy księdza poznanego na statku, Irlandczyka z pochodzenia, szybko dostał pracę i wynajął pokój. Nie tak jednak wyobrażał sobie życie w Nowym Jorku. Po latach biedy, jakiej zaznał w Irlandii, spodziewał się dobrobytu, tymczasem przyszło mu sprzątać po ludziach i czyścić muszle klozetowe za marne wynagrodzenie. Krzątając się po hotelowym hallu obserwował przychodzących tam studentów. Inteligentny, ambitny chłopak wstydził się przed nimi swojego uniformu, szufelki i szczotki do zamiatania, i marzył, że kiedyś będzie jednym z nich. Powołanie do wojska potraktował jako wybawienie od znienawidzonej pracy w hotelu. Po powrocie ze służby zatrudnił się w portowych magazynach, później w firmie ubezpieczeniowej. Dzięki ustawie dotyczącej żołnierzy po odbyciu służby czynnej został przyjęty na Uniwersytet Nowojorski, mimo że nie chodził do szkoły średniej. Po uzyskaniu dyplomu mógł podjąć pracę nauczyciela. Wiele lat później spełnił jeszcze jedno młodzieńcze marzenie – został pisarzem.


Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej rósł mój podziw i szacunek dla autora, który będąc młodym, ambitnym i wrażliwym chłopcem, musiał zwalczyć nie tylko swoje kompleksy, ale też wiele przeciwności losu. Najpierw wstydził się swoich chorych oczu i zepsutych zębów, potem pracy w hotelu. Na uniwersytecie wykładowcy wytykali mu uproszczone, naiwne podejście do literatury (skutek braków w wykształceniu), co skutecznie odbierało mu radość studiowania. Z kolei pracownicy portowi przez to, że podjął studia, szykanowali go tak, że musiał z tej pracy zrezygnować. Całą tę drogę Frank przeszedł dzięki własnej sile ducha i napotkanym ludziom. Krótko po przyjeździe przypadkowy barman z irlandzkiego pubu wysłał go do biblioteki i kazał czytać, zamiast ogłupiać się alkoholem. A ciemnoskóry doker Horace, którego syn również studiował, nauczył Franka dystansu do ludzi chcących go upokorzyć, i dodał mu wiary w siebie.


Autor opisuje swoje doświadczenia w sposób bezpośredni, nie ukrywając emocji, jakie w nim wówczas budziły, ale bez użalania się – z lekkim dystansem i dużą dozą humoru. Dowcipem skrzą się zwłaszcza opisy służby wojskowej, którą Frank odbywał częściowo w Niemczech (a były to lata pięćdziesiąte). Trenował tam psy, uczęszczał do szkoły pisarzy kompanijnych, był zaopatrzeniowcem. Kiedyś razem z dwoma kolegami, Weberem i Rappaportem (który był Żydem) został wysłany do pralni dla wojska, która mieściła się... w Dachau. Spanikowany Rappaport nie był w stanie przekroczyć bramy. Frank zwiedził obóz, o którego istnieniu wiedział z gazet i kronik filmowych, obejrzał piece krematoryjne. Wywarło to na nim mocne wrażenie. Inny obrazek z tamtego okresu to obozy dla uchodźców, gdzie kobiety oddawały się amerykańskim żołnierzom za papierosy i kawę.


Nowy Jork pełen był irlandzkich barów i Irlandczyków rozpoznających się po akcencie. A jednak to zupełnie inny świat, w którym nie można np. wejść z jedzeniem na salę kinową, podczas gdy w kinie w Limerick jadało się rybę z frytkami czy świńską nogę. Moim ulubionym fragmentem jest opowieść, jak Frank wybrał się do kina na „Hamleta” z Laurence’em Olivierem. W torbie zakrytej płaszczem przeciwdeszczowym przemycił cytrynowy torcik bezowy i butelkę piwa imbirowego. Cały dzień nic nie jadł i marzył o chwili, gdy będzie mógł rozkoszować się znakomitym filmem i swoim ulubionym ciastkiem. Pudełko mocno szeleściło, więc upomniany przez widzów wyszedł do łazienki, żeby się posilić, ale nie do końca mu się to udało... W wyniku skargi został wyrzucony przez biletera, a do tego wzięty za zboczeńca (płaszcz!). Zaśmiewałam się przy tej historii do łez, jednak nie wybaczę bezdusznym Amerykanom, że nie pozwolili młodemu człowiekowi, który cierpiał tak niewyobrażalną nędzę w dzieciństwie, na tę odrobinę przyjemności, jaką było zjedzenie ciastka podczas seansu ;-).


Moja ocena: 6/6

niedziela, 27 marca 2011

Poznać kobietę – Amos Oz



Joel Rawid pracuje jako agent izraelskich służb specjalnych. Po nagłej śmierci żony decyduje się przejść na emeryturę. Wynajmuje dom w innym mieście, gdzie przeprowadza się wraz z córką Netą, matką Lizą i teściową Awigail. Mając dużo wolnego czasu rozmyśla o swoim małżeństwie, rodzinie, pracy.


Jest tu cała galeria interesujących kobiecych postaci. Iwrija, jedyna miłość Joela, chociaż w ich małżeństwie oprócz uczucia, przyjaźni i namiętności obecne były także negatywne emocje. Szesnastoletnia Neta, miewająca ataki epilepsji, zaprzeczająca własnej kobiecości. Liza i Awigail, zaprzyjaźnione, wspierające się wzajemnie, aktywne towarzysko i mające swoje zajęcia. Mieszkająca obok Annemarie, z którą Joel nawiązuje romans. Azjatka, która udzieliła niegdyś Joelowi istotnych informacji o terrorystach, nie żądając niczego w zamian – poza obietnicą, że nigdy więcej nie nawiąże z nią kontaktu. Jednak wbrew tytułowi kobiety nie stanowią tutaj pierwszego planu. Najistotniejsze są przemyślenia i przeżycia samego Joela, który próbuje sobie poradzić ze śmiercią żony. A raczej – zupełnie sobie nie radzi. Ucieka w codzienne czynności, które wykonuje z chorobliwą wręcz dokładnością. Zajmuje się wszelkimi naprawami w domu. Każdego dnia usiłuje złapać roznosiciela, który zostawia gazetę na chodniku zamiast w skrzynce. Gdy już nie ma czego naprawiać, zaczyna porządkować ogród. Nawet pod prysznicem myje się wyjątkowo starannie. Ucieka od świadomości, że tak naprawdę nie znał swojej żony, niejednokrotnie unikał rozmów, zbywał ją; a teraz jest już za późno. Gdy jednak jego matka mówi „Wkrótce umrę, Joelu, a ty wtedy nagle będziesz strasznie chciał mnie o coś spytać. Czy nie byłoby lepiej, gdybyś już zaczął pytać?” – zbywa ją tak samo jak żonę.


Na początku czytałam jednym tchem, a później męczyłam się razem z Joelem ponad tydzień. Spodziewałam się żywszej akcji i denerwowała mnie trochę postawa głównego bohatera. Chyba nie należy zaczynać znajomości z prozą Oza od tej powieści. Zachwycił mnie za to jego styl, dlatego sięgnę po inne jego książki. Także i po to, żeby zatrzeć wrażenie po niniejszej lekturze.


Moja ocena: 4/6

czwartek, 17 marca 2011

Dzień św. Patryka


Bo widzisz, tylko tu w Irlandii ludzie jeszcze rozumieją, że liczy się czas na spotkanie z przyjaciółmi, wdepną do pubu, przejdą się na spacer brzegiem morza, pójdą na ceili (irlandzkie tańce), pośpiewają czasem. Słońce, pogoda i pieniądze to nie wszystko. Życie ma tu specjalną jakość, nie znajdziesz tego gdzie indziej.

Ernest Bryll, Małgorzata Goraj–Bryll

Irlandia. Celtycki splot”. Poznań 2010, s. 258.



Wszystkim Odwiedzającym życzę,

aby Wasze życie miało

specjalną jakość :-)

sobota, 12 marca 2011

Rondo. Wiersze z lat 2006-2009 – Józef Baran


Lubię, gdy wiersz mnie „uwiera”, nie daje o sobie zapomnieć. Skłania, by wciąż do niego wracać i odkrywać na nowo. W zbiorze „Rondo” znalazłam wiele takich utworów. Te teksty są tak esencjonalne, że nie dało się ich czytać inaczej niż jeden dziennie, a potem przez wiele godzin porządkować natłok myśli. Józef Baran pisze o pędzie współczesnego świata. Świata, w którym ludzie, rezygnując z własnych pragnień, zajmują się mnóstwem rzeczy, których tak naprawdę nie chcą robić. Brakuje im za to czasu, żeby poznać samych siebie, pielęgnować miłość i bliskość, cieszyć się chwilą. Każdego dnia poruszają się po tych samych ścieżkach, wracając wciąż do punktu wyjścia, jakby w rytmie „Bolera”. Powtarzalność i miałkość codzienności. Wielu nie stać na własne opinie i poglądy; łatwiej przejmować cudze. Nie zawsze wartościowe. Ludzi nie interesują myśliciele pokroju Sokratesa czy Platona, od których mogliby się czegoś nauczyć, słuchają za to celebrytów, którzy niekoniecznie mają coś mądrego do powiedzenia.


A przecież nie musi tak być. Poeta pisze o tym, że warto być sobą, zamiast jednym z niewyróżniających się Ziemian. Budować z mozołem swoje życie, niejednokrotnie zaczynając od początku. Walczyć o marzenia, zwłaszcza gdy potrzeba wiele wysiłku, by je urzeczywistnić. Wypełnić treścią dany nam czas, aby życie nie „kręciło się bez celu/jak szalony pies w kółko ogona/siedmiu dni tygodnia” („Nie bój się być sobą”, s. 50).


Nie sposób napisać o wszystkich wątkach zawartych w wierszach Barana. Są tu wrażenia z podróży, rozmowy z ludźmi żyjącymi w różnych zakątkach globu, zachwyt nad pięknem roślin odradzających się na wiosnę. Wzruszający wiersz dla córki i nowonarodzonego wnuka. Największe wrażenie wywarły jednak na mnie utwory „Tyle razy umieraliśmy” i „Tyle razy odradzaliśmy się” (s. 10-11). Według poety w ciągu naszego życia umieramy wielokrotnie; odejścia naszych bliskich, rozstania, dramaty, nawet podróże odbierają nam jakąś część nas samych. Zatem gdy przyjdzie nasz czas, „może okazać się/że już dawno nie mamy z czego umierać”. A jednocześnie mamy w sobie siłę, by podnieść się po upadku; odradzamy się kolejny raz, witając świt z nadzieją. Dlaczego więc „mamy uwierzyć/w nie-odrodną śmierć”...


Moja ocena: 5,5/6


poniedziałek, 21 lutego 2011

W biegu... książka podróżna – Marcin Wilk


Z początku przeszkadzało mi, że te rozmowy były przeprowadzane „w biegu”; akurat miałam chęć na długie wywiady poruszające wiele problemów i pozostawiające zamęt w głowie. Ale ilekroć chciałam rzucić książkę w kąt, trafiałam na rozmowę, której temat mnie zainteresował, albo w której odnajdywałam własne spostrzeżenia. Zatem doczytałam do końca.

Niewątpliwą zaletą tego zbioru jest różnorodność i bogactwo podejmowanych zagadnień: pisanie jako proces, podróżowanie i turystyka, więzi międzyludzkie, życie po Holokauście, popkultura, niedojrzałość, zmiany w Polsce po 1989 roku, miejsce intelektualistów we współczesnym świecie... nie sposób wymienić wszystkich. Rozmówcami Marcina Wilka byli m.in. Olga Tokarczuk, Etgar Keret, Eduardo Mendoza, Sylwia Chutnik, Irena Matuszkiewicz, Karl Dedecius, Éric–Emmanuel Schmitt, Agata Tuszyńska, Janusz L. Wiśniewski, John Irving, Dubravka Ugrešić, Joanne Harris. Najciekawsze wydają mi się wywiady z prof. Teresą Walas, prof. Andrzejem Chwalbą o III Rzeczypospolitej, a także z Janem Grzegorczykiem, gdzie padło wiele celnych uwag („Ludzie nie kochają posągów, ale postacie z krwi i kości, kruche i ułomne”; „Akceptacja świata, jakim jest, i cieszenie się jego różnorodnością, to chyba najlepsza z możliwych dróg”), i z Aleksandrą Marininą – bo mam słabość do Nastii Kamieńskiej. Wynotowałam sobie kilka tytułów, do których chcę zajrzeć, i zapamiętałam, po które nie sięgać, bo to zupełnie nie moja bajka. Po lekturze pozostał mi lekki niedosyt, ale dzięki temu nie zapomnę o dopiero co sporządzonej liście ;-).

Moja ocena: 5/6

wtorek, 8 lutego 2011

E-książka/book: szerokopasmowa kultura – Łukasz Gołębiewski


To niewielka objętościowo książka (132 strony), ale wręcz „gęsta” od podejmowanych w niej zagadnień. Autor, sam będąc zwolennikiem książki w papierowej postaci, przewiduje jej rychły koniec. Jego zdaniem nastąpi to, kiedy czytniki będą powszechnie używane i dostępne za złotówkę, a za korzystanie z e-kultury zostaną wprowadzone opłaty abonamentowe. Jeżeli za np. 15 zł użytkownik będzie mógł ściągnąć bezpłatnie trzy e-książki, z pewnością to zrobi (choć pewnie ich nie przeczyta). Kultura będzie płynąć szerokopasmowo bezpośrednio na czytniki – nie tylko dzieła literackie, ale i gazety, encyklopedie, słowniki, muzyka, filmy, internetowe radio i telewizja, reprodukcje dzieł sztuki itd. Książka papierowa stanie się wówczas droga, i z czasem odejdzie do lamusa.

Gołębiewski pisze także, odwołując się do opinii innych badaczy, o kwestiach wiążących się z ewentualną zmianą w dostępie do kultury. Sądzi, iż konieczne będą zmiany w prawie autorskim i zasadach wynagradzania twórców. Przewiduje także zmierzch zawodu drukarza, księgarza i bibliotekarza, choć jednocześnie przytacza opinię Piotra Gawrysiaka, autora „Cyfrowej rewolucji”, według którego zawód bibliotekarza stanie się jeszcze ważniejszy, gdyż będą oni musieli dbać o to, aby treści przechowywane w sieci ocalały dla potomnych. Gołębiewski wylicza także mocne i słabe strony szerokopasmowej kultury oraz szanse i zagrożenia.

Jest tu tyle poglądów, o których można by dyskutować, że mogłabym chyba napisać książkę-polemikę, a nie tylko krótką notkę na blogu. Skupię się na pytaniach, jakie nasuwały mi się podczas lektury. Czy w społeczeństwie, w którym czytelnictwo spada w zastraszającym tempie, czytniki rzeczywiście będą masowo kupowane? Autor przewiduje, że pliki będą przesyłane bezpośrednio na czytnik – a zatem zgubienie czytnika oznacza zgubienie całego posiadanego księgozbioru... Jeżeli użytkownik będzie chciał tego uniknąć, musi skopiować swoje zbiory – na komputer stacjonarny, pendrive itp., a to dodatkowe utrudnienie. Kolejna kwestia: Gołębiewski zauważa, iż system pakietowy pozwoli sprzedać użytkownikowi znacznie więcej, niż rzeczywiście potrzebuje (co jest szansą dla kultury). Owszem, tylko jak długo? Czy w ramach abonamentu kupujący będzie mógł wybrać owe hipotetyczne trzy książki z całości ówczesnej produkcji, czy z przygotowanej oferty? W tym drugim przypadku może się okazać, że nie znajdzie dla siebie niczego satysfakcjonującego, i że w związku z tym będzie albo „zaśmiecać” sobie czytnik książkami, których nie przeczyta, albo tracić pieniądze, bo nic nie ściągnie. Nie będę tu analizować słabych i mocnych stron szerokopasmowej kultury oraz szans i zagrożeń wymienianych przez Gołębiewskiego, zainteresowanych odsyłam do książki. Jednak autor jako jedną z mocnych stron wymienił trwałość pliku (który w przeciwieństwie do wytworów kultury materialnej nie ulega zniszczeniu, jest „wieczny”), a z tym pozwolę sobie nie zgodzić się. Bibliotekarze zajmujący się digitalizacją zwracają uwagę, że przy tak szybkim rozwoju technologii już dziś niektórych formatów nie da się odczytać. Podobnie jest z nośnikami – za kilkadziesiąt lat nie odczytamy już dzisiejszych płyt CD czy DVD, zaś z książek wydanych przed wiekami nadal można korzystać. Mogłoby więc okazać się i tak, że któregoś dnia nie będziemy w stanie odczytać znacznej części zdigitalizowanych zbiorów, i w ten sposób stracimy je bezpowrotnie. Mam jednak nadzieję, że fachowcy zajmujący się tymi kwestiami nie pozwolą na „wylanie dziecka z kąpielą”.

Sądzę, że urzeczywistnienie się wizji nakreślonej przez autora jest tak samo prawdopodobne jak to, że się ona nie spełni. Ze spokojem myślę o przyszłości książki papierowej. A książkę Łukasza Gołębiewskiego gorąco polecam, bo to fascynująca lektura.

Moja ocena: 6/6

czwartek, 20 stycznia 2011

Każdy dom potrzebuje balkonu – Rina Frank


Nie miałam wobec tej książki wygórowanych oczekiwań, ale i tak się zawiodłam. Z jednej strony jest to opowieść o dorastaniu w Hajfie, jej narratorką jest główna bohaterka, Rina. Okres ten jawi się jako szczęśliwy, mimo niedostatków w domu rodzinnym. Wspomnienia z dzieciństwa przeplatają się ze scenami z życia dorosłej Riny, składającymi się na obraz rozpadu małżeństwa. Obraz przewidywalny, i chciałoby się rzec – banalny. Domyślam się, że zastosowanie w tej części trzecioosobowej narracji miało podkreślić dystans bohaterki do opisywanych wydarzeń, drażniło mnie to jednak podczas lektury.

Mam ambiwalentne odczucia względem tej powieści, Czytało mi się ją lekko, a fragmenty opisujące dzieciństwo nawet z dużą przyjemnością. Chętnie spróbowałabym potraw, jakie się tam jadało, może z wyjątkiem mamałygi ;-). Dorosła bohaterka zaimponowała mi swoją walką o córkę, ale zdenerwowało mnie jej postępowanie wobec męża. Zakończenie zaś pozostawiło niesmak.

Czuję, że z lektury nie pozostanie mi w pamięci nic, może z wyjątkiem żydowskiego przysłowia „kto zmienia miejsce, zmienia przeznaczenie”.

Moja ocena: 3,5/6

wtorek, 4 stycznia 2011

Złamałam się, czyli stosik zimowy


Kiedy zakładałam bloga, postanowiłam nie umieszczać na nim zdjęć swoich nabytków. Przy moim tempie czytania jest wysoce prawdopodobne, że niektóre z prezentowanych książek doczekałyby się notki po wielu miesiącach. Pomyślałam jednak, że takie zdjęcie, tkwiące na blogu niczym wyrzut sumienia, wraz z ewentualnym dopingiem zaglądających tu Blogowiczów, mogłyby mnie zmobilizować do szybszego czytania. No dobrze, przyznam się – chcę się też pochwalić tym, co mam :)

Od dołu:

Robert Makłowicz „Café Museum” – bo uwielbiam historyczno-kulinarne gawędy Makłowicza

Sara MacDonald „Godzina przed świtem” – kupiona natychmiast po przeczytaniu „Muzyki fal”, czeka na swój moment

Christine Dwyer Hickey „Pleciuga” – niedawno pisała o niej Lotta, gdy więc wypatrzyłam ją w Matrasie za jedyne 4,90 zł, nie wahałam się długo

Jerome K. Jerome „Trzech panów w łódce (nie licząc psa)” – od pewnego czasu miałam ją w planach czytelniczych, ale bez szczególnego nacisku. Jednak tak się ostatnio dziwnie składa, że gdy moi znajomi, kupują sobie książkę, to właśnie tę... teraz mam i ja ;)

Rina Frank „Każdy dom potrzebuje balkonu” – czytałam o niej same pochlebne opinie, chciałam upolować w bibliotece, ale w międzyczasie pojawiła się w taniej książce

Sue Monk Kidd „Opactwo świętego grzechu” – Mikołaj przyniósł :)

Małgorzata Goraj-Bryll, Ernest Bryll „Irlandia. Celtycki splot” – szukając prezentów dla bliskich, skuszona zniżką 25%, weszłam do Matrasu „tylko pooglądać”. I tym sposobem sama sobie kupiłam prezent pod choinkę...

Nie wiem, kiedy uda mi się je przeczytać, bo w kolejce czekają jeszcze książki wypożyczone z biblioteki. Postaram się zastosować płodozmian - jedna biblioteczna, jedna własna. Zobaczymy, co z tego wyniknie.