niedziela, 29 grudnia 2013

Moja babcia, Niemcy i wojna – Janina Wieczerska



Historia rodziny pisarki, wspomnienia z okresu II wojny światowej, opowieść o dorastaniu w trudnych czasach – tym wszystkim jest książka Janiny Wieczerskiej. Początkowo autorka chciała napisać wielką powieść o swojej babci, zwanej przez wnuki Babą od najwcześniejszych lat dziecięcych. Z upływem czasu stało się to niemożliwe – starsze pokolenie odeszło i nie było już kogo zapytać o historie rodzinne. Dlatego pisarka zebrała w książce zapamiętane opowieści i własne doświadczenia.

Najwięcej miejsca Wieczerska poświęciła wspomnieniom z II wojny. Otwiera je, przytoczony niemal bez zmian, rozdział z powieści „Pusty wieczór”. Znane już z innych przekazów opisy pakowania się i ucieczki przed frontem na wschód, następnie powrotu do domu po kapitulacji, palenia książek przez okupantów, wywłaszczeń i wywózek wywierają silne wrażenie, bo są przedstawione z perspektywy dziecka. Jednak mimo nieszczęść, jakie dotknęły rodzinę, dzięki Babie dzieciństwo autorki i jej brata miało wiele jasnych momentów. Przed grozą wojny dzieci były chronione nie tylko przez opiekujących się nimi dziadków, ale też przez własną nieświadomość. Jedzenie było bardzo skromne, ale Baba dbała, aby nie chodzili głodni, starając się przyrządzić smaczny i wartościowy posiłek z tych niewielu produktów, jakimi dysponowała. Dziadkowie doceniali znaczenie edukacji, dlatego oprócz niemieckiego kształcenia na poziomie elementarnym była i nauka na tajnych kompletach. Znalazł się też czas na dziecięce zabawy, w tym teatr na strychu, oraz na liczne lektury.

Niemcy spalili publiczne księgozbiory, ale część prywatnych udało się uchronić. Ocalałe książki wypożyczano sobie nawzajem i pilnowano, aby wracały do swych właścicieli. Wśród ówczesnych lektur autorki znalazły się m.in. dzieła Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa, Historynka Montgomery, Panna z mokrą głową Makuszyńskiego, powieści Juliusza Verne’a, pięcioksiąg przygód Sokolego Oka, wypisy szkolne Mówią wieki. Dorośli czytywali oprawione roczniki „Ilustracji Polskiej” i „Przewodnika Katolickiego”. Wieczerska wspomina również wspólne czytanie W pustyni i w puszczy, kiedy to dzieci – nie mogąc się doczekać dalszego ciągu – grzecznie i wcześnie maszerowały do łóżek.

O książce Wieczerskiej można by jeszcze pisać długo i szczegółowo. Jest w niej zawarty spory fragment historii naszego kraju. Jest portret Baby – osoby ciężko doświadczonej przez los, a jednak bardzo ciepłej i pogodnej. I jest piękna, spajająca całość klamra. Jednym z najwcześniejszych wspomnień jest opisana z detalami wyprawa Baby z dwojgiem najstarszych dzieci na przedświąteczny jarmark w Gelsenkirchen, świetlisty i kolorowy. Książkę zamyka wspomnienie Wigilii, na której zebrała się cała rodzina – w tym autorka z mężem i niedawno narodzoną córeczką.

Moja ocena: 5,5/6

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia świąteczne

Zdrowych i radosnych świąt 
Bożego Narodzenia,
wytchnienia od codzienności,
wielu wspaniałych chwil z bliskimi
i udanych prezentów pod choinką!




niedziela, 8 grudnia 2013

Letnie wojaże czyli wygraj sobie zakładkę


Zima coraz bliżej, czas wyciągnąć z szafy rękawiczki, czapki i ciepłe swetry. A i naszym książkom przydałoby się coś na czasie, np. zakładka odpowiednia do pory roku ;-). Taką właśnie, sweterkowo–bałwankową, narożnikową zakładkę można wygrać w kolejnym konkursie fotograficznym. Zasady te same co zawsze: proszę odgadnąć nazwy trzech miast, w których zrobiłam poniższe zdjęcia, i podać je w komentarzu. W konkursie niestety nie mogą brać udziału osoby, którym zdradziłam, gdzie tym razem mnie droga zawiodła – chyba zacznę utajniać moje plany wyjazdowe, aby nikt nie był pokrzywdzony. Życzę miłej zabawy i powodzenia!



czwartek, 28 listopada 2013

Składnica księgarska (1)



Urszula Dudziak „Wyśpiewam Wam wszystko”. To był jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tytułów. Równie silne było rozczarowanie, gdy wreszcie pojawił się w księgarniach. Spodziewałam się tradycyjnej autobiografii z zachowaną chronologią. Tymczasem książka składa się z chaotycznie rozrzuconych opowieści o pracy artystycznej, wspomnień z dzieciństwa, fragmentów dotyczących początków śpiewania i marzeń o występach na scenie oraz pobytu w Stanach – kraju wielkich możliwości, gdzie co i rusz ktoś kradnie muzykom instrumenty. Wydaje się, że to zaledwie wstęp, szkic do historii wspaniałej kariery i niebanalnego życia. Wyjątkowych wrażeń dostarcza anegdota o Hieronimie Boschu (zainteresowanych odsyłam do strony 86). Książka fascynująca, jednak pozostawiająca spory niedosyt. Rozczarowana jestem nadal – ale formą, nie treścią.

Moja ocena: 3,5/6


Stanisława Fleszarowa–Muskat „Zatoka śpiewających traw”. Lektura jeszcze wakacyjna. Główny wątek dotyczy młodej pani inżynier i uruchamiania w Polsce pierwszego zakładu produkującego agar-agar. W powieści przewija się też temat odkupienia win za zbrodnie wojenne. Jednak najistotniejszym i najbardziej udanym wątkiem jest oczekiwanie na bliskich spędzających wiele miesięcy na morzu. Autorka pisze o towarzyszących temu uczuciach oraz niemożności zaakceptowania w pełni takiej sytuacji. Właściwie musiałabym napisać o tej książce to samo, co o „Lecie nagich dziewcząt”: wartka akcja, wnikliwość i trafność obserwacji, wiarygodność psychologiczna. Plus wątek miłosny nieodmiennie wywołujący zgrzytanie zębów. Mimo wszystko „Zatoka…” podobała mi się bardziej niż „Lato…”.
Moja ocena: 4/6

Sharon Owens „Siódmy sekret szczęścia”. Co rok czytam przynajmniej jedną książkę bożonarodzeniową, i co rok nie ma po tym śladu na blogu wyzwaniowym. Czas się zrehabilitować. Opowieść rozpoczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia. Ruby wraz z przyjaciółką wybiera drogi prezent dla swojego męża. W oczekiwaniu na jego powrót z pracy robi ostatnie przedświąteczne porządki. W międzyczasie odbiera telefon od Jonathana, który powiadamia ją, że musi jeszcze zawieźć klientowi dokumenty. Nietrudno przewidzieć, czym to się skończy… Książka ma chyba wszystkie wady czytadeł: jest przewidywalna, z drętwymi nieraz dialogami, chwilami pretensjonalna i banalna. Mogłabym też zarzucić jej niepoważne potraktowanie poważnego tematu. Ale mimo to okazała się całkiem niezłym remedium na ponurą aurę za oknem. Zawiera sporą dawkę humoru oraz kilka życiowych rad, jakby żywcem wyjętych z kobiecego czasopisma. Dodatkowy bonus to zaskakująca – jak na ten gatunek – liczba momentów oraz elementy science–fiction (pielęgniarka w szpitalu przynosząca położnicy i jej przyjaciółce herbatę i ciasteczka).

Moja ocena: 3/6

sobota, 21 września 2013

Alberto Manguel o czytaniu



„Gdy byłem młody, myśl o tym, że nie będę w stanie przeczytać wszystkich książek, które chciałbym poznać, potwornie mnie przygnębiała. Ale dziś mam sześćdziesiąt trzy lata. Inaczej patrzę na biblioteczne katalogi, na olbrzymie stosy książek leżące na moim biurku. Coraz częściej myśl o niemożliwości przeczytania wszystkiego wywołuje we mnie uczucie ulgi. I nie dotyczy to jedynie książek. Podobnie jest z miejscami, których nie zdołam odwiedzić, a także z ludźmi, których nie zdążę poznać. Coraz większą przyjemność sprawia mi powtórna lektura tych samych tekstów, powrót do miejsc, które już dobrze znam, i rozmowa ze starymi przyjaciółmi. W tych miejscach, w towarzystwie tych ludzi, mogę wreszcie pomilczeć…”


Alberto Manguel, Grzegorz Jankowicz Raj to rozbite lustro, "Przegląd Polityczny" nr 117 (2013), s. 144.

wtorek, 27 sierpnia 2013

Miłość na całe życie. Wspomnienia z czasów beztroski – Michalina Wisłocka



Czytając w sieci artykuł poświęcony Michalinie Wisłockiej, natknęłam się na informację, iż oprócz słynnego poradnika popełniła ona również książki wspomnieniowe, opisujące dzieciństwo i wczesną młodość. Wiedząc, że autorka Sztuki kochania miała interesujące życie, a ponadto była osobą bezpośrednią i z poczuciem humoru, czym prędzej wyruszyłam na biblioteczne łowy. Przyniosłam do domu ładnie wydany tytuł, z przyjemnością przejrzałam opatrzone zabawnymi komentarzami fotografie i przystąpiłam do lektury, wiele sobie po niej obiecując.

Poddałam się w okolicach osiemdziesiątej strony. Wisłocka oparła swoje wspomnienia na prowadzonych przed wojną pamiętnikach, albumie ze zdjęciami oraz obfitej korespondencji prowadzonej z późniejszym mężem, towarzyszących jej podczas wszystkich przesiedleń i wojennej tułaczki. Książka składa się głównie z przytoczonych w całości listów, których czytanie na dłuższą metę okazało się nużące, a ze względu na ich osobisty charakter – chwilami kłopotliwe. Dalece korzystniejszym zabiegiem byłoby odtworzenie na ich podstawie wydarzeń z tamtych lat, i przytoczenie tylko pewnych fragmentów korespondencji. Nastawiłam się na opowieści gimnazjalne i licealne, opisy szkolnych wybryków, wyjaśnienie, skąd się wzięły zainteresowania naukowe autorki, obraz życia przed wojną. To wszystko w książce jest, ale wyszukiwanie tych fragmentów przypomina wydłubywanie nielicznych rodzynków z zakalcowatego ciasta. Mimo wszystko żal mi było porzucić tak dobrze zapowiadającą się lekturę, przekartkowałam więc do końca. Dzięki temu poznałam opinię Wisłockiej o Dziewczętach z Nowolipek, historię pewnej spowiedzi (bardzo przypominającej moje własne doświadczenie sprzed wielu lat) oraz wydarzenia z pierwszych miesięcy wojny. Zamknęłam książkę z uczuciem głębokiego niedosytu. Wielka, wielka szkoda.

Moja ocena: 2/6

piątek, 16 sierpnia 2013

Lato nagich dziewcząt – Stanisława Fleszarowa–Muskat



Tradycji stało się zadość: jak co roku doznałam kłopotliwej letniej przypadłości. Zmęczony umysł odmówił współpracy z wymagającą lekturą, łaknąc jednocześnie słowa pisanego. W rozpaczliwym poszukiwaniu czegoś lekkiego, ale niegłupiego i zajmującego, z pewną taką nieśmiałością zdecydowałam się na książkę Stanisławy Fleszarowej–Muskat. W wyborze utwierdziła mnie opinia, iż mam do czynienia z mistrzynią powieści obyczajowej, a trzymany w rękach tytuł z pewnością nie jest miałkim czytadłem. Kropką nad „i” było bardzo przyjemne zdjęcie na okładce.

Zaczęło się nad wyraz obiecująco. Ulubione Trójmiasto jako miejsce akcji. Monciak pełen letników. Dzienne plażowanie i morskie kąpiele, wieczorami dansingi i wakacyjne romanse. Warszawski rzeźbiarz, który przybył do Sopotu w poszukiwaniu natchnienia do kolejnego dzieła. Czworo młodych, pozujących mu ludzi: rozpuszczona jedynaczka Be, początkujący aktor Kamyk, studentka Ulka i wpatrzony w nią jak w obrazek Marek. Akcja toczyła się wartko, a mnie dość szybko spadły z nosa różowe okulary, bowiem dostrzegłam w powieści cechy, które mnie mocno drażnią. Niemiłosiernie zgrzytały mi niezrozumiałe czasem zachowania bohaterów oraz motywacje ich działań – a co za tym idzie niekonsekwencje w budowaniu postaci. Przez to cała historia przypomina patchwork, który chwilami rozłazi się na szwach. Nie obyło się też bez wątku miłości od pierwszego wejrzenia, tyleż romantycznego, co niedorzecznego.

Na tym jednak zakończę pastwienie się nad książką Fleszarowej, bo zalet mogę wymienić więcej niż wad. Nie sposób odmówić autorce wnikliwości i celności obserwacji – skrupulatnie odnotowywała szczegóły budujące nastrój, gesty i myśli bohaterów, tłumacząc w ten sposób ich postępowanie. Znakomicie oddała atmosferę tętniącego życiem nadmorskiego kurortu dzięki plastycznym opisom miejsc i ulic. Uchwyciła piękno czystego młodzieńczego uczucia chłopca do dziewczyny. Losy bohaterów poprowadziła w tak interesujący sposób, że mimo wspomnianych niekonsekwencji trudno się od książki oderwać. Całości obrazu dopełnia rewelacyjny portret psa Gwoździa, nakreślony z dużą znajomością psiej psychiki. Reasumując: jest to całkiem przyjemna lektura do czytania na plaży, na ławeczce przy fontannie podczas upalnego lata w mieście, na zielonej trawce w cieniu lub po prostu na letnie wieczory.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 30 czerwca 2013

Zawsze jakieś jutro – Janina Wieczerska



Powroty do młodzieńczych lektur bywają ryzykowne. Niekiedy kończą się rozczarowaniem, bo książka nie przetrwała próby czasu. Gdy byłam nastolatką, Zawsze jakieś jutro należało do moich ulubionych powieści. Wywarło na mnie wówczas tak silne wrażenie, że prawobrzeżna część Wrocławia do dziś kojarzy mi się z książką Wieczerskiej. Pod wpływem niedawnego wpisu Zacofanego w Lekturze postanowiłam sprawdzić, jak odbiorę ją jako osoba dorosła.


Zawsze jakieś jutro pretenduje dziś do miana powieści historycznej. Czy słusznie? Po części tak. Rzecz dzieje się w latach 1948-1950 i obejmuje ostatnie dwa lata nauki w liceum głównej bohaterki, Joasi Uruskiej. Tłem opowieści jest miasto dotknięte wojennymi zniszczeniami, pełne jeszcze ruin i gruzów. Jednak opisów Wrocławia nie ma tu zbyt wiele, podobnie jak i ówczesnych realiów. Mimo to uważny czytelnik zbuduje sobie z wtrącanych tu i ówdzie wzmianek obraz życia w tamtych latach – naznaczonego niedostatkiem, wyczekiwaniem na żywnościowe paczki od rodziny, ale pełnego nadziei na przyszłość. Również sytuacja polityczna została w powieści zaledwie zarysowana. Owszem – młodzież licealna należy do ZMP, zajmuje się pracami społecznymi, jak zbiórka odpadów użytkowych (złomu było pod dostatkiem, a w charakterze makulatury występowały poniemieckie gazety i literatura wątpliwej wartości), okładaniem w papier książek ze szkolnej biblioteki czy odgruzowywaniem auli. Na zetempowskich zebraniach używa się nowomowy, a na przywitanie dziewcząt z Polonii Belgijskiej jedna z wychowawczyń wygłasza przemówienie w duchu socjalistycznym. Lecz głównym tematem powieści pozostaje nauka, relacje międzyludzkie, sympatie i antypatie oraz spędzanie wolnego czasu.


Tym, co lata temu interesowało mnie najbardziej, był oczywiście wątek miłości Joasi do szkolnego kolegi. Dziś odbieram książkę Wieczerskiej przede wszystkim jako opowieść o dorastaniu, przyjaźniach i pierwszych poważnych decyzjach. Zarówno liceum, jak i wakacyjny wyjazd na kolonie okazały się dla bohaterki szkołą życia. Sama Joasia mnie-nastolatce wydawała się bardzo dorosła i poważna, niemal wzór do naśladowania. Dziś nadal lubię tę trzeźwo myślącą dziewczynę, uważną obserwatorkę wyciągającą trafne wnioski, niepozbawioną przy tym poczucia humoru, uczynną, koleżeńską, a do tego dobierającą sobie ambitne lektury i podsumowującą jednego z absztyfikantów zdaniem „Szkoda, że jesteś taki nieoczytany, lepiej się można rozumieć, jak się zna te same książki” (s. 254).


Powieść Wieczerskiej to świetnie napisana, tradycyjna literatura, ze znakomicie oddaną atmosferą liceum, okraszona humorem i literackimi smaczkami. Czyta się ją równie dobrze w wieku młodzieńczym, jak i po latach. Warto sięgnąć zwłaszcza po wydanie z 2008 roku, które ukazało się nakładem wydawnictwa Via Nova. Pierwszym powodem jest „Słowo od Autorki – po latach”, które mnie zaskoczyło, zmieniło mój odbiór tej powieści, a także przyniosło kilka wyjaśnień. Drugim – dołączone czarno-białe fotografie Wrocławia z tamtych czasów, stanowiące doskonałe uzupełnienie książki i będące cennym źródłem historycznym.

Moja ocena: 5,5/6

środa, 12 czerwca 2013

Portret powojennego bibliotekarza

„Bibliotekarz był postacią co się zowie oryginalną. Wyglądem przypominał trochę fauna, trochę jakiegoś podejrzanego bożka ze Wschodu, asyryjskiego na przykład, na co by wskazywała kręcona czupryna i broda, choć znowu wystające kości policzkowe i nieco skośne, choć niebieskie oczy kazały myśleć o Chinach. Jego zachowanie też nie było rodem z jednej parafii. Chwilami wydawało się, że to zwykły biznesmen, by nie rzec przekupień, chwilę później można by go mieć za bohaterskiego pioniera kultury polskiej na Dolnym Śląsku albo już zgoła za łaskawego mecenasa. Wobec Joasi był zresztą dość jednolity: był mecenasem, ale wyrachowanym. Choć objaśniony przez ciotkę, kim zacz jest uczennica, zapomniał o tym już następnego dnia i na prośbę o pozwolenie korzystania z czytelni mieszczącej się nad właściwą wypożyczalnią odpowiedział:
 - Cóż sobie młoda osoba myśli? Że młoda osoba może korzystać z usług społecznej placówki i nic za to społeczeństwu nie oddać? Proszę bardzo, czytelnia jest bezpłatna, ale młoda osoba musi uporządkować czasopisma leżące tam na stole. Trzeba okazać uspołecznienie!”
Janina Wieczerska Zawsze jakieś jutro

środa, 22 maja 2013

Wyniki losowania



Dziękuję za wszystkie zgłoszenia i miłe słowa dotyczące zakładek. Jak zwykle rolę maszyny losującej wziął na siebie mój Brat. A oto wyniki:



Domek wędruje do Momarty
Truskawki pofruną do Soulmate
Auto trafi do Izusr
Serdecznie gratulujemy zwyciężczyniom! :-)

sobota, 18 maja 2013

Zakładki do wzięcia


Skoro mają takie powodzenie, niech idą w świat. Do wzięcia są trzy kolejne zakładki narożnikowe.  Proszę o zadeklarowanie w komentarzu, która najbardziej się podoba. Można wyrazić chęć przygarnięcia jednej, dwóch, a nawet wszystkich trzech. Zgłoszenia przyjmuję do środy 22 maja do godziny 18.00. Jeśli będzie więcej niż jedna osoba, przeprowadzę losowanie.

sobota, 4 maja 2013

Wilczy notes – Mariusz Wilk



Po przeczytanym w lutym Domu nad Oniego było tylko kwestią czasu, kiedy sięgnę po następne książki Mariusza Wilka. A że najlepiej zacząć od początku, na pierwszy ogień poszedł Wilczy notes. Zapiski z lat 1995–1998 składają się na fascynującą opowieść o historii i mieszkańcach Wysp Sołowieckich. Autor opisuje je z perspektywy cudzoziemca, pozwalającej mu zachować dystans, ale jednocześnie „twórcy i uczestnika życia”, o którym opowiada. Obraz Sołowek, jaki wyłania się z jego notatek, to pejzaż melancholijny, chwilami przygnębiający. Za czasów świetności prawosławnego klasztoru powstawały tu latopisy. W późniejszych wiekach wyspy były miejscem zsyłek, a w 1923 r. powstał pierwszy w Związku Radzieckim łagier. Niegdyś tętniące życiem, dziś są pełne opustoszałych zabudowań, niszczejących po upadku ZSRR. Wielu mieszkańców uwięziła na wyspach bieda. Ale też wielu zostało z wyboru – bo Sołowki wrastają w duszę. Czasem tak mocno, że aż niszczą.


W wydaniu z 1998 r., które czytałam, znajdują się znakomite, czarno-białe zdjęcia Tomasza Kiznego, które podczas lektury uparcie omijałam wzrokiem. Trudno znaleźć właściwsze dla nich miejsce, jednak proza Mariusza Wilka jest tak sugestywna, że nie potrzebuje żadnych uzupełnień. Prace Kiznego obejrzałam uważnie dopiero kilka dni po skończeniu książki. Oprócz zdjęć przedstawiających wnętrze świątyni na Golgocie Anzerskiej, największe wrażenie wywarła na mnie fotografia ukazująca Cypel Śledzia z perspektywy monastyrskiej dzwonnicy. Można zobaczyć, gdzie mieszkał autor podczas pisania Wilczego notesu; widok zapiera dech.


Opowieść o Wyspach Sołowieckich jest dla Wilka pretekstem do objaśniania początków rosyjskich stereotypów w Europie, źródeł antagonizmów między prawosławiem a katolicyzmem czy miejsca bani w rosyjskiej kulturze. Malarskie opisy pór roku na Sołowkach sprawiają, że widzi się je oczami wyobraźni. Fragmenty dotyczące wyprawy na Półwysep Kanin czyta się trochę jak dawne relacje z podróży, a trochę jak powieść przygodową. Do najprzyjemniejszych należą jednak wyimki na temat tego, co się na wyspach jada, co uprawia w ogródku, a co zbiera lub łowi. Autor przytacza też opis Wielkiego Postu z Roku Pańskiego Iwana Szmielowa – gdyby ktoś mi zagwarantował, że w ten sposób będę pościć do końca życia, chyba zgodziłabym się przeprowadzić na rosyjską prowincję.


Sprawiedliwie przyznaję, że w porównaniu z Domem nad Oniego Wilczy notes sprawia wrażenie bardziej przemyślanego, spójnego i lepiej skomponowanego. Na jego korzyść przemawia także zamieszczony na końcu glosariusz, obszernie objaśniający użyte w tekście rosyjskie słowa. Brakowało mi jednak osobistych refleksji, które przewijały się w Domu nad Oniego. Dlatego mimo zachwytu Wilczym notesem, to pierwsza część „Dziennika północnego” pozostaje mi bliższa.

Moja ocena: 5/6

sobota, 27 kwietnia 2013

Wyniki losowania



Na początku chciałabym podziękować wszystkim za życzenia i ciepłe słowa. Cieszę się bardzo, że do mnie zaglądacie, że mogłam Was poznać za pośrednictwem bloga i porozmawiać na różne tematy, nie tylko ściśle literackie ;-).
Chęć przygarnięcia zakładek wyraźnie zadeklarowało pięć osób. Jak zwykle w roli maszyny losującej wystąpił mój Brat, zamieszał dokładnie w szklanym naczyniu i wyciągnął jeden karteluszek. A zwyciężczynią okazała się… Chaber73!

Serdecznie gratulujemy wygranej! :-) Adres wciąż posiadam ;-)

wtorek, 23 kwietnia 2013

Trzecia rocznica bloga




Z perspektywy czasu widzę, że założyłam go za wcześnie. Nie miałam wówczas pojęcia, jak funkcjonuje blogosfera, ani pomysłu, jak też ten blog ma wyglądać. Chciałam jedynie dzielić się wrażeniami z przeczytanych książek i dyskutować o literaturze z innymi pasjonatami, a reszta miała wyjść w praktyce. Była więc pogoń za wyszukiwanymi na bibliotecznych półkach nowościami, które „wszyscy” czytali – co nie przyniosło spodziewanego rezultatu. I były chwile zwątpienia, czy warto to dalej ciągnąć. Kryzysowy był zwłaszcza ubiegły rok, ale przełomem okazał się udział w Klubie Czytelniczym, dzięki któremu pisanie i rozmawianie o książkach znów zaczęło sprawiać mi przyjemność.

Dziś, po tych trzech latach, mam swoje miejsce w sieci, które bardzo mi odpowiada. Blog jest jak kafejka, do której wpada się po pracy, aby spotkać się ze znajomymi, wymienić opinie na temat świeżo przeczytanych lektur, podyskutować o sprawach okołoliterackich lub w ogóle niezwiązanych z książkami. Udało mi się wrócić do odkładanej niepotrzebnie na bliżej niesprecyzowaną przyszłość literatury, którą rzeczywiście chcę czytać – zamiast zabijać czas lekturami na jeden wieczór, które wprawdzie miło odprężają, ale niewiele po sobie zostawiają. Nie sprawdzam statystyk, nie spędza mi snu z powiek fakt, że komentarze pod moimi postami nie są liczone w setkach. Wciąż nie mam tyle czasu na czytanie, ile bym chciała, stąd niewielka liczba notek na blogu. Może w przyszłości to się zmieni, ale raczej nie w ciągu najbliższych miesięcy. Dziękuję wszystkim zaglądającym i pozostawiającym ślad w komentarzach, i proszę o dalszą cierpliwość i wyrozumiałość ;-). Dziękuję też moim Przyjaciołom, którzy zachęcali mnie do dalszego pisania, oraz Ani, która skutecznie mobilizuje metodą kropli drążącej skałę :-).

Tym razem nie mam książki do rozlosowania. Zamiast niej będzie zestaw narożnikowych zakładek, wykonanych własnoręcznie, widocznych na zdjęciu. Jedną można zatrzymać dla siebie, drugą np. podarować komuś: żonie, mężowi, synowi, córce, narzeczonemu, przyjaciółce, ojcu, babci, cioci, stryjowi, względnie szefowej/szefowi przy okazji rozmowy o podwyżce ;-). Aby przygarnąć zestaw wystarczy wyrazić chęć w komentarzu – czekam do soboty 27.04 do godz. 18.00. Jeśli zgłosi się więcej niż jedna osoba, zostanie przeprowadzone losowanie.

poniedziałek, 25 marca 2013

Po deszczu – William Trevor



W tym zbiorze nie ma słabych punktów. Każde z zawartych w nim dwunastu opowiadań jest literacką perełką. I każde świetnym materiałem na filmowy scenariusz. Autor opisuje trudne sytuacje z życia codziennego, będące udziałem wielu ludzi i stanowiące pretekst do pokazania złożoności problemu. Niejednokrotnie krętą ścieżką prowadzi czytelnika do zaskakującej puenty. Większość opowiadań z tego wydania można nazwać swoistym studium uczuć danej postaci. Bohaterami Trevora są m.in. druga żona niewidomego mężczyzny, stąpająca po śladach pierwszej (Żony stroiciela fortepianów), dzieci próbujące oswoić traumę rozwodu rodziców, bezradne wobec decyzji dorosłych (Zabawy dziecięce), młoda kobieta, która przyjeżdża do wielokrotnie odwiedzanego pensjonatu, aby dojść do siebie po kolejnym nieudanym związku (Po deszczu), matka podejrzewająca, że jej leczony niegdyś psychiatrycznie syn jest przestępcą (Matka Gilberta), bezdzietna żona odkrywająca przypadkowo, że mąż ma kochankę i obwiniająca siebie za ten stan rzeczy (Dzień). Najsilniejsze wrażenie wywiera chyba Ład utracony – opowieść o kilkunastoletnim Miltonie, któremu w sadzie ukazała się święta Róża. Czy rzeczywiście chłopiec doznał objawienia, czy też jakaś przyjezdna zabawiła się jego kosztem? Czy kierował nim wewnętrzny przymus głoszenia kazań na ulicy – odkryte nagle powołanie, czy też w taki sposób ujawniła się choroba psychiczna? Dlaczego jego rodzina zdecydowała się na tak drastyczne rozwiązanie?...


Pisarz kreśli bardzo przekonujące portrety psychologiczne opisywanych postaci, wnikliwie analizując ich emocje i zachowania. Drobiazgowe, wręcz fotograficzne opisy otoczenia, w jakim żyją, pogłębiają ich charakterystykę. Dzięki nim również podczas lektury przedstawiane sceny jawią się przed oczami niczym kadry z filmu. Czytelnik łatwo identyfikuje się z bohaterami, a ich historie na długo zapadają w pamięć i skłaniają do przemyśleń. Słusznie William Trevor jest określany mianem mistrza krótkiej formy – w pełni na nie zasługuje.

Moja ocena: 6/6

niedziela, 3 marca 2013

Lato miłości – William Trevor




Niech nikogo nie zwiedzie tytuł ani okładka – to nie jest lekkie i błahe czytadło, chociaż powieść czyta się szybko i potoczyście. Jej autor, mieszkający od lat w Anglii William Trevor, należy do grona uznanych i wielokrotnie nagradzanych pisarzy irlandzkich. Jest określany mianem mistrza krótkiej formy, jednego z najlepszych żyjących twórców opowiadań i wymieniany jako kandydat do literackiego Nobla. Za Lato miłości był po raz piąty nominowany do nagrody Bookera.

Stwierdzić, że powieść jest historią uczucia, jakie zrodziło się między Ellie Dillahan a Florianem Kilderry, to za mało. Trevor sugestywnie odmalowuje jej tło – prowincjonalne irlandzkie miasteczko z połowy ubiegłego wieku, gdzie jakiekolwiek odstępstwo od codziennej rutyny jest natychmiast zauważane i komentowane. Tłumaczy też ludzkie motywy i wybory, stopniowo odsłaniając wydarzenia z przeszłości bohaterów. Ellie większość swojego życia spędziła w przyklasztornym sierocińcu. Jako nastolatka została skierowana do pracy w gospodarstwie starszego od niej o kilkanaście lat, owdowiałego farmera, który po kilku latach ją poślubił. Florian boryka się z trudnościami finansowymi po śmierci rodziców, z brakiem talentów i niemożnością samookreślenia się oraz z młodzieńczym afektem, który nie chce wygasnąć. Ich przypadkowe spotkanie owocuje pierwszą dla Ellie miłością. Miasteczko pamięta niejedną taką historię, dlatego nagłe i niespodziewane uczucie tym bardziej trzeba skrywać przed ostrzałem ludzkich spojrzeń i pytań.

Rodzice Floriana byli akwarelistami – i obrazy, z których Trevor konstruuje całą opowieść, chwilami przypominają akwarele: subtelne, rozmyte, z lekko zaznaczonymi szczegółami, niedopowiedziane. Emocji i myśli, które kierują bohaterami, czytelnik często musi się domyślać obserwując ich zachowania. Może właśnie dlatego książka pozostawia uczucie niedosytu i wrażenie, że zbyt szybko się skończyła – zupełnie jak opisane w niej, upalne lato.

Moja ocena: 4/6

czwartek, 28 lutego 2013

Wspomnienie lata czyli książka do przygarnięcia



Podobno to już koniec zimy, nadchodzi przedwiośnie (wreszcie!). Przyjdzie nam jednak jeszcze trochę poczekać, zanim za oknem zrobi się prawdziwie ciepło i słonecznie, i będzie można schować do szafy zimowe płaszcze i grube swetry. Cóż lepiej umili ten czas oczekiwania niż dobra książka ;-).
Zdjęcia zamieszczone poniżej zrobiłam podczas ubiegłorocznych wakacyjnych wojaży. Podobno poprzedni konkurs był trudny – tym razem więc starałam się wybrać miejsca łatwiej rozpoznawalne. Osoba, która jako pierwsza odgadnie nazwy wszystkich pięciu miast i poda je w komentarzu pod postem, otrzyma wspomnienia J.R. Moehringera Bar dobrych ludzi oraz ręcznie wykonaną, dobraną kolorystycznie zakładkę – jej fragment wystaje z książki na zdjęciu powyżej.
Powodzenia!




 

niedziela, 24 lutego 2013

Dom nad Oniego – Mariusz Wilk



Kolejna lektura przeczytana z inspiracji Klubu Czytelniczego. Sięgnęłam po nią bez przekonania, bez większych oczekiwań – i ku własnemu zaskoczeniu wsiąkłam od pierwszej strony. W swoim dzienniku autor opisuje życie na Północy, a także kulturę Karelii jako klucz do zrozumienia Rosji. Fragmenty dotyczące m.in. skomorochów, naukowca Nikołaja Oziereckowskiego, poety Nikołaja Klujewa czy wreszcie pisowni nazwy Jeziora Oniego są pełne ciekawostek, wnikliwe, poparte długimi poszukiwaniami w bibliotecznych księgozbiorach. Dla osób interesujących się literaturą i kulturą rosyjską to książka nie do pominięcia.

Karelia z dzienników Wilka ma dwa oblicza. Z jednej strony jest to obszar wyludniony, o surowym krajobrazie, pełen rozpadających się, opuszczonych domów. Każdy dzień jest walką o przetrwanie, a niezbyt poważny problem zdrowotny może zakończyć się tragicznie. Ponadto jest to region zagrożony degradacją – miejscowi wyrzucają śmieci gdzie popadnie, rabunkowo wycinane są lasy. Wydobywa się tam szungit, a pod koniec XX wieku odkryto ogromne złoża wanadu i uranu.
Z drugiej – jawi się jako miejsce ciche i spokojne, gdzie można żyć zdrowo, zgodnie z rytmem natury. Podstawą diety jest to, co się wyhoduje w ziemi, złowi w jeziorze lub znajdzie w lesie. I mimo ciężkiej pracy, jaką trzeba wykonać, żeby przeżyć, jest czas na kontemplację otaczającej przyrody, na refleksję, wsłuchiwanie się w siebie. Z dala od miejskiego zgiełku nabiera się dystansu – do życia w Europie, do wypaczonego obrazu świata kreowanego przez media.

Rozpoczynając lekturę pomyślałam „szkoda, że nie ma zdjęć”. Ale Mariusz Wilk opisuje Karelię tak pięknym, poetyckim i obrazowym językiem, że one są w ogóle niepotrzebne. Stosowane przez autora rusycyzmy, archaizmy, a niekiedy składnia charakterystyczna dla rosyjskiego wydają się najwłaściwszym sposobem wyrażenia tego, co chce przekazać. „Dom nad Oniego” to książka do powolnego czytania i wielokrotnych powrotów, delektowania się barwnym i bogatym językiem (nieraz trzeba zajrzeć do słownika) i plastycznymi opisami, skłaniająca do przemyśleń. Chętnie dowiedziałabym się więcej o życiu codziennym na rosyjskiej prowincji – tu pozostał lekki niedosyt, będący jednocześnie zachętą do sięgnięcia po kolejne części „Dziennika północnego”. Dla mnie to odkrycie roku.

Moja ocena: 6/6

piątek, 22 lutego 2013

Rozkosze bibliofila



W najnowszym numerze miesięcznika „Sens” (marzec 2013, s. 6) znalazł się tekst, którego lektura z pewnością wywoła żywsze bicie serca u każdego mola książkowego:

ROZKOSZE BIBLIOFILA

  1. Czytać książkę w łóżku, leżąc z prawą nogą przyciśniętą do lewej nogi swojego ukochanego, który… również czyta książkę.
  2. Bez skrupułów czytać sobie książki w toalecie! Nawet wielkich klasyków literatury francuskiej.
  3. Przeczytać ostatnie linijki książki, bo martwisz się, jaki los spotka bohaterkę i po prostu musisz dowiedzieć się, czy w ostatnim rozdziale jeszcze żyje.
  4. Zacząć książkę, kiedy pociąg rusza, i skończyć ją w chwili, kiedy dojeżdża do celu.
  5. Przeczytać swoją ulubioną książkę po raz kolejny. I jeszcze raz…
  6. Patrzeć na kogoś czytającego książkę, którą lubisz.
  7. Odczekać długą chwilę, zanim przewrócisz ostatnią stronę czytanej książki.
  8. Polubić książkę, którą lubi ktoś, kogo kochasz.
  9. Patrzeć na stos książek.
  10. Czytać komuś książkę na głos.
  11. Czytać półgłosem poezję.
  12. Czekać na książkę, którą masz ogromną ochotę przeczytać.
  13. Przestać na chwilę czytać i wpatrywać się w niebo.
  14. Czytać całą noc.
  15. ……………….(miejsce na Twoją ulubioną rozkosz czytania)

W punkcie 15 wpisuję: „Położyć się do łóżka godzinę wcześniej po to, aby spędzić ten czas na czytaniu”. Do swoich ulubionych rozkoszy zaliczam też punkt 5 i 9, ponadto mężnie wyznaję, że nie mam żadnych skrupułów ;-).
A jakie są Wasze ulubione rozkosze czytania?

Źródło: Dominique Loreau, Sztuka planowania, Czarna Owca 2011, za „Le Monde” z 24 lutego 2004 roku.
Źródło zdjęcia

niedziela, 10 lutego 2013

Opowieść Podręcznej – Margaret Atwood



Lektura zaplanowana jeszcze na ubiegły rok i przeczytana z zaledwie miesięcznym poślizgiem tylko dzięki klubowi czytelniczemu Ani :-). Powieść Atwood wywołuje mieszane uczucia. Świat widziany oczami Podręcznej, jednej z pierwszych ofiar reżimu, jest piekłem kobiet, których rola w społeczeństwie została sprowadzona do funkcji reprodukcyjnych. Panujące w nim prawa są barbarzyńskie: ograniczanie wolności, odbieranie dzieci matkom uznanym za „niemoralne”, nieliczenie się z ludzkimi uczuciami. Nie wszystkie kobiety są w takiej sytuacji jak Podręczne, los części z nich (Żony, Marty) wydaje się mniej przykry. Ukazany przez pisarkę przekrój społeczeństwa gileadzkiego to jednak dość ponury obrazek. Mimo zachowania przez niektórych pewnych przywilejów, niczyja sytuacja nie wydaje się godna pozazdroszczenia – ani kobiet, ani (o ironio) mężczyzn, architektów reżimu.

Zwyczaje praktykowane w Gileadzie ukazują absurdalność tego systemu. Scena seksu z Podręczną ma w sobie coś perwersyjnego, opis porodu wydaje się kretyńskim spektaklem wywołującym niedowierzanie, że tyle osób bezmyślnie uczestniczy w tym cyrku, zamiast krzyknąć „król jest nagi”. Ceremonia Wybawiania to gorzki żart, dopełnienie całości obrazu. I chociaż Atwood logicznie uzasadniła powstanie Gileadu, a przy tym nieco przewrotnie (reżim gileadzki jako konsekwencja działalności ruchu feministycznego), to jednak trudno uwierzyć w możliwość spełnienia się takiej wizji – mimo że wydaje się prawdopodobna.

Znacznie bardziej przekonujący jest portret psychologiczny Fredy. Pisarka świetnie oddała uczucia osoby znajdującej się w niewoli, pozbawionej praw i chcącej mimo wszystko przetrwać – dla swoich najbliższych, o których nawet nie wie, czy żyją. Wyłączanie myślenia o swojej sytuacji, by nie poddać się emocjom, rejestrowanie szczegółów otoczenia, by skupić na czymś uwagę i ćwiczyć czujność, docenianie drobnych, małych radości – wszystko to pozwala Fredzie funkcjonować, przetrwać nieludzki czas i wierzyć, że jeszcze kiedyś będzie żyła tak, jak przed nastaniem nowych porządków. Otwarte zakończenie oraz ostatni rozdział pozostawiają czytelnikowi swobodę w domyślaniu się dalszych losów Podręcznej. To niewątpliwy atut tej, trudnej chwilami w odbiorze, powieści.

Moja ocena: 4,5/6

środa, 23 stycznia 2013

Miasteczko – Alice Taylor



Gdy za oknem ciemno, dżdżysto i ponuro, jakże przyjemnie jest zawinąć się w ciepły koc, postawić obok kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną, i przenieść do Innishannon z początku lat 60. ubiegłego wieku. Do tego niewielkiego miasteczka Winston Churchill przyjeżdżał jako chłopiec na wakacje. Miało ono swój wyjątkowy klimat m.in. dzięki temu, że wszyscy się tam znali. Autorka przybliża czytelnikom jego historię, dokumentuje przemiany, których była świadkiem. Z sympatią i szacunkiem opisuje mieszkańców Innishannon i ich pracę na rzecz społeczności miasteczka. Na kartach swojej książki sportretowała m.in. George’a, malarza i dekoratora, przyjaźniącego się z miejscowym lekarzem, kowala Billy’ego, będącego mistrzem w swoim fachu, położną zwaną powszechnie Pielęgniarką, która przez lata pomogła setkom dzieci bezpiecznie przyjść na świat, a matki wspierała radą i pomocą.

Drugim wątkiem jest życie rodzinne autorki. Opisuje ona doświadczenia będące udziałem wielu kobiet: wejście w dorosłość, początki małżeństwa, trudy pierwszego macierzyństwa i rozczarowanie codziennością żony i matki. Owo rozczarowanie stało się impulsem do działań, które zmieniły nieco charakter miasteczka, ale też ubarwiły egzystencję pisarki. Taylor wraz z mężem najpierw założyła pensjonat, goszczący turystów z Europy i Ameryki, a później pierwszy supermarket w Innishannon. Podobnie jak stary sklep stał się on miejscem spotkań towarzyskich. Mieszkańcy nie wyzbyli się dawnych zwyczajów, nadal traktując robienie zakupów jako okazję do pogawędek z napotkanymi sąsiadami i znajomymi. Dzięki temu, ku radości właścicieli, supermarket zyskał atmosferę małomiasteczkowego sklepu.

Wspomnienia autorki są wolne od nostalgii za minionymi czasami, próżno też szukać w nich ckliwości. Taylor opisuje wszystko w sposób konkretny i rzeczowy, wplatając w opowieści zabawne anegdoty. Książka jest przepojona humorem i pełna optymizmu. Widać w niej ogromną miłość autorki do jej miejsca na ziemi, którą pięknie wyraziła w ostatnim rozdziale. Wspomnienia Alice Taylor umiliły mi kilka grudniowych wieczorów. Basiu – dziękuję, że pozwoliłaś wycyganić od siebie tę książkę :-).

Moja ocena: 5,5/6