poniedziałek, 8 lutego 2016

Slow life, slow reading, slow blogging

Nie ma mnie, jestem w Mitford. Mniej więcej od połowy grudnia. Od kilku lat po zmianie czasu mam ochotę zapaść w sen zimowy, a w tym roku w pewnym sensie mi się to udało. Zaszyłam się w małym amerykańskim miasteczku, i jest mi tam bardzo dobrze. Podczytuję w międzyczasie inne rzeczy, staram się systematycznie zaglądać na ulubione blogi, tu i ówdzie zostawiam kilka słów, i czasem mi żal, że nie uczestniczę bardziej aktywnie w blogowym świecie, że trudno mi się zmobilizować do napisania kolejnej notki, ale… nic na siłę.

Nie mam wyrzutów sumienia, że tyle czasu poświęcam na literaturę tzw. mało ambitną. Od czasu do czasu widuję na blogach opinie o książkach o tematyce wojennej czy obozowej, zwykle z dołączonym komentarzem „trzeba czytać takie rzeczy, aby to się już nigdy więcej nie powtórzyło”. Moim zdaniem trzeba pisać i publikować takie książki, by podobne działania nie przechodziły bez echa bądź popadały w zapomnienie, tu pełna zgoda. Ale naprawdę nie wydaje mi się, abym przez fakt, iż zmuszę się do przeczytania czegoś, po czym będę chodziła roztrzęsiona przez wiele dni i śniła po nocach koszmary, mogła zapobiec jakiejś wojnie. Wojny wciąż wybuchają i będą się toczyć tak długo, jak długo ktoś będzie miał w tym interes, a ludzkość staje się coraz bardziej pomysłowa w swym okrucieństwie. „Jesteś tym, co czytasz” napisała niedawno Anna Maruszeczko we wstępie do lutowego numeru „Urody Życia”. Dlatego oficjalnie wypisuję się z trendu „trzeba czytać to czy tamto”. Wolę czytać teksty budujące, wzmacniające, dające pozytywną energię i ładujące akumulatory niż szargające nerwy i budzące lęk przed światem.

A teraz z zupełnie innej beczki czyli muszę, bo się uduszę. Latem wybrałam się na wystawę fotograficzną „Dzień dobry Marylin”, skuszona m.in. obietnicą dużego wyboru gadżetów okołowystawowych. Wymarzyłam sobie zakładkę z czytającą Marylin, choć przyznaję, do dziś nie wiem, czy akurat Milton H. Greene robił aktorce takie zdjęcia. Wystawa mnie w pełni usatysfakcjonowała, natomiast wybór pamiątek był więcej niż skromny, a o zakładkach oczywiście mowy być nie mogło. Wytłumaczyłam sobie, że widocznie przyszłam zbyt późno i jakoś pogodziłam się z tym faktem. Na dniach obejrzałam wystawę „Arcydzieła malarstwa polskiego XIX/XX w.” w Pałacu Królewskim. Świetnie przygotowana, wybór gadżetów naprawdę duży, w dodatku w dużej rozpiętości cenowej, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ale o zakładkach do książek znowu nikt nie pomyślał… bo i po co? Polacy wszak nie czytają, Europejska Stolica Kultury nie jest pod tym względem wyjątkiem, po co zatem produkować coś tak niepotrzebnego?

Zakończenie będzie optymistyczne. W ostatniej „Polityce” (nr 6/2016) ukazał się artykuł Aleksandry Żelazińskiej „Książki wieczyste”, a tam same dobre wiadomości. Książki są coraz większe objętościowo, kolejne modele czytników naśladują papier, a mimo popularności e-booków książka papierowa ma się doskonale i nie zanosi się na to, aby nowe technologie wyparły druk. A zatem, wbrew ponurym przepowiedniom, nie wylewamy dziecka z kąpielą. Przynajmniej na razie.

środa, 23 grudnia 2015

Radosnych świąt!



Ponieważ był to ostatni dzień przed świętami, pani przeczytała nam śliczne opowiadanie gwiazdkowe. Wszystko było jakoś dziwnie i inaczej. Właśnie w chwili gdy już mieliśmy wychodzić ze szkoły, zdarzyło się coś, co było najlepsze ze wszystkiego. Pani napisała do Sztokholmu i zamówiła dla nas książki. Pokazała nam kiedyś duży arkusz, na którym było moc prześlicznych obrazków, przedstawiających okładki różnych książek z bajkami. Mogliśmy wybrać sobie książki, które chcielibyśmy kupić. Ja zamówiłam dwie, a Lasse i Bosse też po dwie. Na moich były prześliczne księżniczki i książęta. Właśnie ostatniego dnia przed świętami przysłali pani te książki. Chodziła po klasie i rozdawała je dzieciom. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy dostanę swoje. Lecz mamusia powiedziała, że nie wolno mi ich czytać, aż dopiero w Wigilię. […]

Potem poszłyśmy do domu. Było tak jasno i ładnie. W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoją książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła się, że przeczyta tylko mały, malusieńki kawałek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu.
– Muszę się dowiedzieć, czy książę został odczarowany, czy nie – mówił Lasse. Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny.
Astrid Lindgren Dzieci z Bullerbyn


Radosnych świąt Bożego Narodzenia, 
ciepłej atmosfery, 
spokoju i wypoczynku 
oraz 
wspaniałych prezentów książkowych pod choinką!

sobota, 19 grudnia 2015

Kulinarnie czyli święta literackie

Tradycyjnie w grudniu (a nawet jeszcze w listopadzie) wszystkie pisma dla kobiet prezentują pomysły udekorowania domu na Boże Narodzenie i rozmaitych kreacji, w jakich najlepiej zaprezentować się przy świątecznym stole. Podsuwają też przepisy na wigilijno-świąteczne potrawy, co roku te same, z drobnymi tylko zmianami, które w dodatku wyglądają na bardzo pracochłonne. Po takiej lekturze pojawia się kusząca myśl, jakby to było przyjemnie zrezygnować z tych godzin spędzonych w kuchni, za to wprosić się na gotowe, np. do kogoś z bohaterów literackich. Możliwości jest sporo.

Borejkowie proponują tradycyjną polską Wigilię na bogato. Na stole znajdą się barszcz z uszkami, śledź z grzybami, śledź z marchewką, śledź pod buraczkiem, karp po żydowsku, bigos, pierożki grzybowe, z makiem, i z jabłkami, kutia, mleko makowe oraz zestaw ciast, w tym piernik i makowiec. Amatorzy wigilijnych dań będą musieli wybierać pomiędzy niestrawnością z przejedzenia a rezygnacją ze smakołyków dla zachowania linii. Natomiast ci, którzy nie za wszystkimi potrawami przepadają, przy takim ich wyborze z pewnością nie odejdą od stołu głodni.

W niewielkim miasteczku Lost River panują nieco inne zwyczaje, i na uroczystej wigilijnej kolacji podają smażonego kurczaka, szynkę, indyka, rostbef, kotlety wieprzowe i kurczaka z kluskami. Chcąc zachować tradycyjny post, musielibyśmy położyć na talerzach coś z niesłychanej mnogości warzyw, placków i ciast, a gdyby udało się przy tym zachować umiar w częstowaniu się słodkościami, wyszłoby nam to z pewnością na zdrowie. Zwłaszcza, jeżeli z dostępnych korzennych napojów wybralibyśmy wersję bez prądu.

Gdybyśmy zawitali na bożonarodzeniowy obiad do Belfastu, Sadie Smith ugościłaby nas daniem z kurczaka w sosie winnym, purée z marchewki i ziemniaczanymi krokiecikami, zakupionymi jako gotowe, w pojemniczkach z alufolii. Na deser podałaby czekoladowe eklerki, kupne ciasto i cappuccino. Zdaniem Sadie w święta wcale nie trzeba się zaharowywać, można spożyć wykwintny obiad, nie ubrudziwszy przy tym jednego garnka.

Jeszcze wytworniej zjedlibyśmy w Kings Lacey, w towarzystwie Herkulesa Poirota. Gospodarze rezydencji serwują zupę z ostryg, indyki, a na deser babeczki z jabłkami i bakaliami, oraz coś specjalnego. Jednak daniem zasadniczym jest świąteczny pudding z karmelowym sosem, zawierający sporych rozmiarów rubin. Jeżeli tylko uda nam się powściągnąć emocje pod czujnym spojrzeniem słynnego detektywa, i zręcznie ukryć drogocenny kamień, jesteśmy ustawieni do końca życia.

Małgorzata Musierowicz Noelka
Fannie Flagg Boże Narodzenie w Lost River
Sharon Owens Herbaciarnia pod Morwami
Agatha Christie Tajemnica gwiadkowego puddingu

niedziela, 25 października 2015

Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki – Violetta Ozminkowski

Teraz już wiem, że tworzy się i pracuje, po prostu żeby poczuć swoje możliwości i urodzić te wszystkie ziarenka, które potem sobie kiełkują, i dać trochę lepsze dni niewielu ludziom żyjącym w twoim otoczeniu.
Michalina Wisłocka

Życie Michaliny Wisłockiej było tak barwne jak ubrania, które nosiła. Szczęśliwe dzieciństwo, pierwsze zauroczenia, wielka miłość; później trudne lata wojenne, małżeństwo, macierzyństwo, studia medyczne, wreszcie praktyka lekarska. I nie do końca zrealizowane marzenie o pracy naukowej, która pozostała dodatkową działalnością znanej lekarki, ale nie podstawową. Wydarzenia z życia prywatnego przeplatają się z zawodowymi. Nie brak tu smakowitych anegdot – jedna z nich opowiada, jak ojciec oduczył Michalinę wracania po nocach z kina, inna jak doktor Wisłocka zareagowała na afront, jaki spotkał ją na Zjeździe Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa. Sporo miejsca poświęcono problemom z wydaniem Sztuki kochania, ale o procesie jej powstawania nie ma prawie żadnych informacji.

Chronologia zdarzeń początkowo jest zachowana, później zaburzona. Biografię czyta się lekko i potoczyście, jednak narracja wytraca impet wraz z włączeniem do tekstu fragmentów dzienników Wisłockiej oraz listów, zarówno pisanych przez nią, jak i otrzymywanych. Sporo w nich rozważań o miłości. Zawartość książki w pełni odpowiada tytułowi, jednakowoż wolałabym poczytać więcej o pracy zawodowej doktor Wisłockiej zamiast o jej kolejnych adoratorach. Najwyraźniej sytuuję się poza targetem.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 11 października 2015

Most nad rwącą rzeką – Stanisława Fleszarowa–Muskat

Fabuła? Prościutka. Jest rok 1981. Młoda para z Polski, Dominika i Łukasz, przyjeżdża na wakacje do Hiszpanii. Nocują na campingach i żywią się głównie przywiezionymi z kraju konserwami i makaronami; jedynie w Madrycie decydują się wynająć pokój w hotelu. W tym samym miejscu zatrzymuje się światowej sławy dyrygent Jerome Asman. Na hotelowym parkingu dochodzi do wypadku, w którym autokar Amerykanów poważnie uszkadza samochody Polaków i Asmana. Dominika i Łukasz przyjmują propozycję kierowniczki amerykańskiej wycieczki, by na czas naprawy auta zajęli dwa wolne miejsca w autokarze. Do wycieczki dołącza również zaintrygowany Dominiką Asman…

Łukasz – architekt, starszy od Dominiki, a więc dojrzalszy. Zdystansowany wobec zachodniej rzeczywistości i jej pokus. Ciałem w Hiszpanii, ale duchem wciąż w Polsce. Codziennie słucha komunikatów radiowych z kraju, w którym robi się coraz bardziej niespokojnie. W końcu traci zainteresowanie wycieczką i zwiedzaniem, korzysta za to z każdej okazji, by posłuchać wiadomości. Dominika powie mu w złości, że to polityczny onanizm.
Dominika – zaledwie dwudziestoletnia studentka ASP, zachwycona Zachodem. Cieszy ją zwiedzanie, wizyty w muzeach, gdzie może wreszcie zobaczyć wielkie dzieła sztuki, próbowanie lokalnych specjalności, oglądanie wystaw sklepowych i przymierzanie ciuchów. Łatwo można zrozumieć młodziutką dziewczynę, która chce cieszyć się życiem, ładnie ubrać – a nie stać jej na oglądane rzeczy. Łatwo też zrozumieć jej lęk przed wojną i głodem. A jednak ta dziewczyna myśli realistycznie, bo mając wreszcie pieniądze, nie decyduje się na zakup wymarzonej spódnicy. Uważa, że powinna zawieźć dolary do kraju, gdzie mogą się okazać potrzebne całej rodzinie.
Wydawałoby się, że autorka jednoznacznie ocenia swoich bohaterów, wskazuje, która postawa jest właściwsza, godna pochwały. Sądzę jednak, że inaczej czytało się tę książkę krótko po wydaniu (ukazała się po raz pierwszy w 1984 r.), a inaczej się ją odbiera dziś, z perspektywy czasu. Choć postać Łukasza wydaje się nieznośnie papierowa, to nie można pominąć faktu, iż od pewnego momentu to Dominika wysuwa się na pierwszy plan.

Akcja toczy się w trzech miejscach. Pierwszym jest Hiszpania – miejsce kolorowe, słoneczne, beztroskie; świat zabytków, sztuki i pięknych ubrań. Drugim Polska – choć nie rozgrywa się tam ani jedna scena. Kraj targany niepokojami, zagrożony niedostatkiem; Polska, w której młodzi nie mogą się pobrać, bo nie mają gdzie mieszkać; gdzie prawdziwa kawa i czekolada to niewidziane od dłuższego czasu rarytasy. Trzecim miejscem są przedwojenne Zaleszczyki; przepięknie położony kurort z dwiema plażami, słoneczną i cienistą, i sadami oferującymi bogactwo owoców. Chociaż miasteczko wciąż nie odbudowało się ze zniszczeń pierwszej wojny światowej, to jako modne letnisko miało duże szanse na rozwój. W biografii Fleszarowej–Muskat (Na fali Krystyny Świerkosz) można znaleźć informacje, że pisarka wielokrotnie spędzała wakacje w Zaleszczykach u swojej ciotki; przyznała też kiedyś, że wspomnienia bohatera Mostu nad rwącą rzeką są jej własnymi wspomnieniami. Ponadto przed napisaniem książki Fleszarowa spędziła urlop w Hiszpanii – zatem przywoływane miejsca znała z autopsji.

Smakowałam tę powieść, czytałam powoli, żeby starczyło na dłużej. Nie jest to literatura wysoka, widzę jej mankamenty (jak choćby elementy dydaktyzmu, niekiedy patos lub szczypta egzaltacji), nawet podjęte tematy wydają się banalne, a jednak czyta się ją z zainteresowaniem i w napięciu, co będzie dalej. Jedną z poruszonych kwestii jest przywiązanie do ojczyzny, problem własnego miejsca na ziemi. Drugą – siła uczuć. Czy miłość jest w stanie przezwyciężyć wszystko? A może są rzeczy, które zniszczą nawet najsilniejsze uczucie? Tytuł ma znaczenie symboliczne – chodzi nie tylko o most na przedwojennej granicy Polski i Rumunii. Mostem okazał się również wzór na kilimach Dominiki, który przeniósł Asmana do jego wspomnień z dzieciństwa.
Świetna powieść. Serio.

Moja ocena: 4,5/6

środa, 30 września 2015

Sprawa aksamitnych pazurków – Erle Stanley Gardner

Pierwszy tom z serii o Perry’m Masonie, i pierwszy, który czytałam z takim napięciem – a sięgam po kryminały Gardnera od lat. Zaczyna się dość niewinnie. Do Masona zgłasza się kobieta, mężatka, z prośbą o wyciszenie sprawy. Spędzała wieczór ze znanym politykiem w miejscu, gdzie doszło do strzelaniny. Informacja o tym spotkaniu jest nie lada gratką dla pewnego brukowca, który chętnie upubliczniłby ją, oczywiście z podaniem nazwisk. Szósty zmysł podpowiada Delli Street, że z tą klientką będą kłopoty – i rzeczywiście. Kobieta okłamuje Masona na każdym kroku, stawia go w kłopotliwych sytuacjach, a w końcu oskarża o morderstwo.

Perry Mason jest tu przedstawiony jako człowiek twardy i bezwzględny, walczący do końca o swoich klientów (nawet w sytuacjach, wydawałoby się, beznadziejnych), który nie waha się użyć w tym celu pięści, kiedy trzeba. Dla ustalenia prawdy posługuje się nieprzeciętną inteligencją i sprytnymi sztuczkami, jego późniejszym znakiem rozpoznawczym. Gardner ujawnia też, kim jest Della Street. Dla zainteresowanych relacją Perry–Della: nie ma co liczyć na kwitnący powoli romans, tych dwoje od początku łączy silny związek uczuciowy. Co poza tym? Frapująca intryga, dobre tempo, kilka zwrotów akcji i zaskakujące rozwiązanie. Krótko mówiąc: świetny kryminał.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 25 stycznia 2015

Jane Austen i jej racjonalne romanse – Anna Przedpełska–Trzeciakowska

Z pewnością biografia ta mogłaby być bardziej obiektywna, lepiej udokumentowana i bardziej wnikliwa. Jednak jej autorka we wstępie zaznaczyła, że nie jest to książka naukowa, a opowieść tłumaczki, która pracując nad przekładami powieści sięgała do rozmaitych źródeł oraz prac filologicznych i krytycznoliterackich. Lekki zaś, gawędziarski styl tej opowieści sprawia, że dla mnie – wiecznie początkującej miłośniczki Jane Austen – jest to lektura idealna. Porządkuje i uzupełnia zasłyszane dotąd strzępy informacji, pozostawiając jednocześnie pewien niedosyt i budząc apetyt na więcej.

Tak jak Austen „malowała cienkim pędzelkiem na malutkiej płytce z kości słoniowej”, tak Przedpełska–Trzeciakowska maluje obrazki z życia pisarki. Na jednym z nich jest plebania w Steventon – jej dom rodzinny, pełen ciepła i miłości, gdzie wszyscy się wzajemnie szanowali i wspierali. Na innym – Bath, do którego Austenowie zdecydowali się przenieść, gdy Jane miała 25 lat. Na jeszcze innym – Chawton, gdzie spędziła ostatnie lata życia. Jednocześnie książka Przedpełskiej–Trzeciakowskiej jest rodzajem przewodnika po powieściach Austen. Objaśnia pewne zachowania bohaterów, zamysł kompozycyjny utworów, aluzje do publikowanych wówczas dzieł literackich, które pisarka dobrze znała. Najciekawsze jednak jest odkrywanie, co z doświadczeń samej Jane przeniknęło do jej twórczości. W książkach Austen można odnaleźć wrażenia wyniesione z odbywanych przez nią podróży, a w niektórych postaciach – cechy i zachowania znanych jej osób. Ponadto Jane – zupełnie jak jej ulubiona Elżbieta Bennet – była świetnym piechurem.

Portret Jane Austen, nakreślony przez tłumaczkę jej dzieł, przedstawia pogodną i inteligentną kobietę o zdecydowanych poglądach, szanującą cudze uczucia, dyskretną, powściągliwą i racjonalną. Pisarkę, która swoje zajęcie traktowała poważnie i rzetelnie sprawdzała realia. Osobę o dużym poczuciu humoru, które nie opuszczało jej aż do końca, zawsze skłonną wykpić ludzkie śmiesznostki i przywary. Lubię panią, panno Austen.

Moja ocena: 5,5/6