czwartek, 30 października 2014

Jesienne wietrzenie

Poranne mgły, oszronione trawniki, polarne powietrze kłujące zimnem w policzki… jesień przyszła na dobre. A co gorsza – idzie zima. Przy takich perspektywach rośnie apetyt na czytanie, koniecznie pod kocem i z kubkiem dobrej herbaty pod ręką, i na blogowanie. Niby książki towarzyszą mi cały czas, ale wciąż są to lektury wypoczynkowe, co mi zostało jeszcze po lecie. Na nic zdało się zaklinanie rzeczywistości – wypożyczone na wakacje ambitne tytuły wciąż leżą nieprzeczytane. Może w najbliższych tygodniach nadejdzie ich czas.

Na dobry początek po tak długiej przerwie jest post lekki czyli zapchajdziura, czyli badziew, czyli stosik. Pozazdrościwszy blogerom dumnie prezentowanych zakupów przywiezionych z krakowskich Targów Książki, postanowiłam pochwalić się zdobyczami z giełdy bibliotecznej. Podróży Maudie Tipstaff i Pełni życia panny Brodie tradycyjnie nie udało się upolować. Za to na pociechę jest bonus w postaci zakładki znalezionej w jednym z zakupów. Lojalnie uprzedzam, że fakt zaprezentowania nabytków nie oznacza, że zostaną szybko przeczytane i opisane. Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie…

sobota, 3 maja 2014

Książki i ludzie – rozmowy Barbary N. Łopieńskiej



Wywiady dziennikarki z ludźmi kultury i nauki czyta się jak znakomitą powieść – trudno się od nich oderwać. Rozmówców Łopieńskiej cechuje emocjonalne podejście do książki jako przedmiotu i treści, które ze sobą niesie. Opowiadają oni o ulubionych lekturach, przyzwyczajeniach czytelniczych, prezentują swoje księgozbiory. Czasem są to kilkutysięczne biblioteki, nad którymi trudno zapanować, a czasem zbiór liczy zaledwie kilkanaście tytułów, tych najważniejszych. Zdecydowana większość nie znosi pożyczać własnych książek i tego nie robi – głównie dlatego, że często nie wracają do swoich właścicieli. Bywa, że małżonkowie prezentują odmienne poglądy w tej kwestii: dla Ireny Szymańskiej nie było większej przyjemności niż pożyczanie ludziom książek, a dla Ryszarda Matuszewskiego gorszej przykrości.

Dużo radości przysporzyło mi tropienie tych nawyków czytelniczych znanych ludzi, które są również moimi. Nieraz kupuję książki, które wcześniej przeczytałam, żeby mieć własny egzemplarz – podobnie jak Magdalena Tulli. Z przyjemnością wracam do Lalki, jak profesor Janusz Tazbir, i potrafię w kółko czytać te same książki, jak miał w zwyczaju Erwin Axer. I podobnie jak Czesław Apiecionek przeprowadzam selekcje swojego księgozbioru, bo „rozsądna biblioteka powinna mieć rozsądne ramy” (s. 255).

Być może dla części czytelników książka Łopieńskiej będzie rozgrzeszeniem z niektórych przyzwyczajeń, uznawanych powszechnie za naganne. Jeżeli zatem ktoś jest zainteresowany, który z historyków literatury wydzierał z książek potrzebne stronice, kto z ludzi nauki bazgrze w książkach, a kto je kradł, gdy uważał, że marnują się u aktualnych właścicieli, serdecznie polecam ten zbiór wywiadów. Poza wszystkim to lektura obowiązkowa dla każdego mola książkowego.

Moja ocena: 5,5/6

niedziela, 23 lutego 2014

Śmiertelne rytuały – Alicia Giménez–Bartlett



Pierwszy z hiszpańskiego cyklu kryminałów Alicii Giménez–Bartlett różni się całkowicie od opisywanego w poprzednim poście Złodzieja kanapek. U Camilleriego była szybka akcja, ledwie zarysowany wątek życia osobistego komisarza Montalbano i intryga kryminalna na pierwszym planie. U Giménez–Bartlett jest dokładnie odwrotnie. Prowadzącym sprawę serii gwałtów policjantom początkowo trudno jest znaleźć jakiś punkt zaczepienia, dlatego śledztwo toczy się mozolnie. Dodatkowo autorka sporo uwagi poświęca głównym bohaterom – ambitnej inspektor Petrze Delicado oraz jej partnerowi Fermínowi Garzónowi, podinspektorowi z wieloletnim stażem. Współpracownicy zrazu zachowują się wobec siebie z rezerwą, z czasem jednak tworzą zgrany duet.

Garzón, widziany oczyma uprzedzonej doń Delicado, stopniowo zyskuje przy bliższym poznaniu. Prezentujący nieco konserwatywne poglądy podinspektor świetnie zna się na pielęgnacji roślin ogrodowych, a ponadto wysoko ceni rozkosze podniebienia. Samą Petrę trudno lubić. Za dużo myśli, analizuje i tłumaczy swoje postępowanie, ma skłonność do przesady i bywa zbyt ostra w stosunku do podejrzanych i świadków. W trakcie śledztwa jednak nabiera doświadczenia i staje się bardziej wyważona. Szczegółowo potraktowany temat życia osobistego Petry – układania wszystkiego na nowo po drugim rozwodzie i urządzania się w nowym miejscu – oraz nawiązywania porozumienia z przydzielonym współpracownikiem sprawiają, że książkę tę równie dobrze można czytać jako powieść obyczajową z rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Cykl rozpoczął się bardzo obiecująco, z przyjemnością sięgnę po kolejne części.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 16 lutego 2014

Złodziej kanapek – Andrea Camilleri



Mimo okresowego pochłaniania sporej ilości kryminałów nie czuję się znawczynią gatunku. Traktuję je jako lekki przerywnik pomiędzy bardziej wymagającymi lekturami, coś czytanego dla rozrywki. Jeżeli można przy tej okazji pogimnastykować małe szare komórki, to świetnie. Ale jeśli nie, to nie szkodzi. Nie pociągają mnie szczegółowe opisy brutalnych zbrodni ani atmosfera wywołująca ciarki na plecach i lęk przed wejściem do ciemnego pokoju. Oczekuję ciekawej akcji, bohatera, którego da się lubić, odrobiny humoru w miarę możliwości, a gdy na końcu skruszeni przestępcy wyznają wszystkie winy, grzecznie podstawiając rączki do kajdanek, jestem w pełni usatysfakcjonowana.

Komisarz Salvo Montalbano z pewnością daje się lubić. Doświadczony policjant w średnim wieku, broniący się przed awansem wszelkimi siłami, nieco zgryźliwy choleryk rzucający od czasu do czasu grubszym słowem, a przede wszystkim smakosz, który – mimo iż nie jest głodny – zawraca do restauracji, by rozkoszować się specjalnie przyrządzoną barweną, zdecydowanie budzi moją sympatię. Akcja jest ciekawie poprowadzona, a książkę czyta się szybko, głównie dzięki sporej liczbie dialogów. Humoru również nie brakuje, a to za sprawą współpracownika komisarza, Catarelli, i jego specyficznego sposobu wysławiania się. Źródłem komicznych sytuacji bywa też południowy temperament, przejawiany przez niektórych świadków. Lektura spełniła moje oczekiwania i serdecznie dziękuję Lirael za przekonanie mnie do włoskich kryminałów.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 9 lutego 2014

Jak zostałam księgarzem – Halina Maria Pfeiffer



Gdyby nie Lirael i Jej wpis, nie miałabym pojęcia o istnieniu tej niewielkiej książeczki. Jej autorka podczas wojny była zatrudniona w znanej firmie „Gebethner i Wolff”. W opowieści Pfeiffer dominują dwa wątki – pracy w antykwariacie i nauki zawodu oraz wspomnienia z czasów okupacji. W krótkiej przedmowie autorka zwróciła uwagę, że oficynę wydawniczo – księgarską tworzyli przecież także liczni pracownicy, pomijani dotąd w opracowaniach na temat przedsiębiorstwa. Dla ich upamiętnienia zatem sięgnęła po pióro.

Antykwariat był świetnie zorganizowaną firmą, gdzie poszczególnymi działami (np. włoskim czy niemieckim) zajmowali się wyspecjalizowani pracownicy, zaś kierownik działu nut umiał zagrać na pianinie wybrany przez klienta utwór. W podręcznej fachowej biblioteczce stała bibliografia Estreichera, do której często sięgano w poszukiwaniu informacji. Autorka opisała nie tylko księgarzy, z którymi pracowała, ale też – ze sporą dozą humoru – własne wpadki jako debiutantki w zawodzie. Wspomniała także o klientach, bibliofilach i naukowcach, którzy zaglądali do antykwariatu. Sporo miejsca poświęciła też Szkole Księgarskiej, którą ukończyła w czasie wojny, jej organizacji, wykładanym przedmiotom i absolwentom.

Z opowieściami o pracy przeplatają się wspomnienia okupacyjne. Pfeiffer kilkakrotnie napomknęła o udziale własnym i kolegów w konspiracji, o przechowywaniu w antykwariacie map sztabowych i sprzedawaniu spod lady książek zakazanych przez Niemców. Opisała też darmowe dożywanie pracowników zorganizowane przez firmę, gdy żywność mocno już podrożała.

Mimo niepozornej objętości wspomnienia Haliny Pfeiffer to interesująca lektura, pełna ciekawostek. I chociaż są raczej rzeczowe niż wysmakowane literacko, czyta się je z dużą przyjemnością.

Moja ocena: 4/6

wtorek, 21 stycznia 2014

Sezon burz – Andrzej Sapkowski



Naczytawszy się opinii dalekich od entuzjazmu, przystąpiłam do lektury Sezonu burz bez wygórowanych oczekiwań. I może to jest najlepszy sposób, by tę książkę właściwie ocenić – i docenić. Fakt, iż nie jest ona ściśle powiązana z sagą o wiedźminie to duży plus; saga jest dziełem znakomitym i skończonym, nie wymagającym żadnych uzupełnień czy ciągów dalszych. Natomiast opowiadania pozostawiły niedosyt, dlatego wiadomość, że Sapkowski opisał wcześniejsze losy Geralta, bardzo mnie ucieszyła.


Sezon burz jest rozwinięciem wątku zasygnalizowanego w opowiadaniu Coś więcej. Wielbiciele wiedźmińskiego cyklu znajdą w tym tomie wszystko, do czego pisarz przyzwyczaił czytelników: wartką i frapującą akcję, soczysty język, błyskotliwe dialogi, humor, odwołania do popkultury i współczesności. Zapowiedź bitwy pod Sodden, a także przewijające się postaci Vysogoty z Corvo czy Nimue zdążającej do szkoły czarodziejek, zgrabnie łączą najnowszą powieść Sapkowskiego z sagą. Być może nie u wszystkich wywoła ona takie emocje jak wcześniejsze części, ja jednak czytałam ją z równą przyjemnością i zaangażowaniem. Żal mi tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze: że Sezon burz powstał po tak długiej przerwie. Przez ten czas uleciały gdzieś entuzjazm i zachwyt, z jakimi pochłaniałam sagę. Po drugie: że nie mogłam się znaleźć na aukcji u braci Borsodych. Z wielkim ukontentowaniem nabyłabym wówczas starożytny dzwonek krasnoludzkiej roboty.

Moja ocena: 4,5/6

niedziela, 29 grudnia 2013

Moja babcia, Niemcy i wojna – Janina Wieczerska



Historia rodziny pisarki, wspomnienia z okresu II wojny światowej, opowieść o dorastaniu w trudnych czasach – tym wszystkim jest książka Janiny Wieczerskiej. Początkowo autorka chciała napisać wielką powieść o swojej babci, zwanej przez wnuki Babą od najwcześniejszych lat dziecięcych. Z upływem czasu stało się to niemożliwe – starsze pokolenie odeszło i nie było już kogo zapytać o historie rodzinne. Dlatego pisarka zebrała w książce zapamiętane opowieści i własne doświadczenia.

Najwięcej miejsca Wieczerska poświęciła wspomnieniom z II wojny. Otwiera je, przytoczony niemal bez zmian, rozdział z powieści „Pusty wieczór”. Znane już z innych przekazów opisy pakowania się i ucieczki przed frontem na wschód, następnie powrotu do domu po kapitulacji, palenia książek przez okupantów, wywłaszczeń i wywózek wywierają silne wrażenie, bo są przedstawione z perspektywy dziecka. Jednak mimo nieszczęść, jakie dotknęły rodzinę, dzięki Babie dzieciństwo autorki i jej brata miało wiele jasnych momentów. Przed grozą wojny dzieci były chronione nie tylko przez opiekujących się nimi dziadków, ale też przez własną nieświadomość. Jedzenie było bardzo skromne, ale Baba dbała, aby nie chodzili głodni, starając się przyrządzić smaczny i wartościowy posiłek z tych niewielu produktów, jakimi dysponowała. Dziadkowie doceniali znaczenie edukacji, dlatego oprócz niemieckiego kształcenia na poziomie elementarnym była i nauka na tajnych kompletach. Znalazł się też czas na dziecięce zabawy, w tym teatr na strychu, oraz na liczne lektury.

Niemcy spalili publiczne księgozbiory, ale część prywatnych udało się uchronić. Ocalałe książki wypożyczano sobie nawzajem i pilnowano, aby wracały do swych właścicieli. Wśród ówczesnych lektur autorki znalazły się m.in. dzieła Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa, Historynka Montgomery, Panna z mokrą głową Makuszyńskiego, powieści Juliusza Verne’a, pięcioksiąg przygód Sokolego Oka, wypisy szkolne Mówią wieki. Dorośli czytywali oprawione roczniki „Ilustracji Polskiej” i „Przewodnika Katolickiego”. Wieczerska wspomina również wspólne czytanie W pustyni i w puszczy, kiedy to dzieci – nie mogąc się doczekać dalszego ciągu – grzecznie i wcześnie maszerowały do łóżek.

O książce Wieczerskiej można by jeszcze pisać długo i szczegółowo. Jest w niej zawarty spory fragment historii naszego kraju. Jest portret Baby – osoby ciężko doświadczonej przez los, a jednak bardzo ciepłej i pogodnej. I jest piękna, spajająca całość klamra. Jednym z najwcześniejszych wspomnień jest opisana z detalami wyprawa Baby z dwojgiem najstarszych dzieci na przedświąteczny jarmark w Gelsenkirchen, świetlisty i kolorowy. Książkę zamyka wspomnienie Wigilii, na której zebrała się cała rodzina – w tym autorka z mężem i niedawno narodzoną córeczką.

Moja ocena: 5,5/6