Zdjęcie pochodzi STĄD
sobota, 24 grudnia 2011
Radosnych świąt!
Zdjęcie pochodzi STĄD
niedziela, 18 grudnia 2011
Czytelniczka znakomita – Alan Bennett
środa, 23 listopada 2011
Godzina przed świtem – Sara MacDonald
piątek, 28 października 2011
Ukojenie – Ian McEwan
wtorek, 11 października 2011
Książka na jesienne wieczory (konkurs)
wtorek, 27 września 2011
Biblioteka cieni – Mikkel Birkegaard
niedziela, 25 września 2011
Murzyn – Tatjana Gromača
sobota, 17 września 2011
Na granicy – Brian McGilloway
sobota, 3 września 2011
Na plaży Chesil – Ian McEwan
piątek, 29 lipca 2011
One Lovely Blog Award
- na swoim blogu stwórz notkę o nominacji, podając przy tym link do osoby, która Cię nominowała
- napisz o sobie siedem rzeczy, których odwiedzający bloga jeszcze nie wiedzieli
- nominuj szesnaście innych osób (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała)
- zostaw na ich blogach komentarz, dzięki któremu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji
niedziela, 17 lipca 2011
Przepis na małżeństwo doskonałe – Morag Prunty
niedziela, 10 lipca 2011
Niespokojny człowiek - Henning Mankell
sobota, 18 czerwca 2011
Uzbierało się...

czwartek, 16 czerwca 2011
Nowe przygody Mikołajka – René Goscinny, Jean-Jacques Sempé
niedziela, 12 czerwca 2011
Sekretne życie pszczół – Sue Monk Kidd
wtorek, 7 czerwca 2011
Karty na stół – Agatha Christie
niedziela, 22 maja 2011
Paddy Clarke Ha! Ha! Ha! – Roddy Doyle
wtorek, 3 maja 2011
Wielka Czwórka – Agatha Christie
czwartek, 28 kwietnia 2011
Losowanie

Serdecznie gratulujemy Alinie!
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
Testament samobójcy – Jerzy Edigey
Zastanawiam się, po co wypożyczam kryminały z biblioteki? Odnoszę je później z niesmakiem, nieprzeczytane, tymczasem na półce w moim własnym domu stoją takie perełki! Do mecenasa Mieczysława Ruszyńskiego zgłasza się rzemieślnik Włodzimierz Jarecki w sprawie testamentu. Część swojego majątku przekazuje w nim żonie, zaś warsztat zapisuje Stanisławowi Kowalskiemu, który w czasie Powstania Warszawskiego uratował mu życie. Razem z ostatnią wolą zostawia adwokatowi list adresowany do Komendy MO z zaleceniem otwarcia po jego śmierci. Krótko potem zmasakrowane zwłoki rzemieślnika zostają znalezione pod wiaduktem mostu Poniatowskiego. Milicja otwiera list, w którym Jarecki opisał okoliczności swojej śmierci, wyjaśnił powód samobójstwa (śmiertelna choroba) oraz dlaczego upozorował je na zbrodnię. Sekcja zwłok wykazuje jednak, że był zdrowy. Mecenas Ruszyński przystępuje do realizacji testamentu. Wówczas wychodzi na jaw, że Stanisław Kowalski nie jest tym, za kogo się podaje... W niedługim czasie zostaje popełniona nowa zbrodnia, a Ruszyński rozpoznaje w zabitym Włodzimierza Jareckiego...
Ruszyński to uparty adwokat dążący do wyjaśnienia prawdy, a do tego z zasadami – wzruszyłam się, gdy mecenas twardo odmawiał przyjęcia łapówki, a zamiast wyjazdu zagranicznego wolał Nałęczów. Edigey przemycił lekką kpinę z autorów kryminałów, którzy akcje swych powieści umieszczają w Anglii lub w Nowym Jorku. I chyba miał trochę racji, bo jak widać można było napisać dobry kryminał osadzony w polskich realiach. Ciekawa intryga, piękna kobieta, świetnie nakreślone postaci z półświatka, niezwykle uprzejmi oficerowie milicji i kapitalny (!) humor. Czegóż chcieć więcej :-).
Moja ocena: 4,5/6
sobota, 23 kwietnia 2011
Rocznica bloga

Czy ktoś chciałby przygarnąć widoczną obok książeczkę?... Jeśli tak, wystarczy napisać w komentarzu „zgłaszam się”. Wpisy przyjmuję do czwartku 28.04 do godziny 18.00; losowanie (o ile będzie więcej niż jedna chętna osoba) postaram się przeprowadzić jeszcze w tym samym dniu.
święta Wielkanocy
były czasem wyjątkowym i pełnym ciepła.
Miłych chwil z bliskimi przy świątecznym stole, wytchnienia od codzienności,
udanego wypoczynku, spokoju, radości i wiosennego optymizmu!
wtorek, 19 kwietnia 2011
I rzeczywiście – Frank McCourt

„I rzeczywiście” to kontynuacja książki „Prochy Angeli” (w Polsce wydanej także pod tytułem „Popiół i żar”), którą czytałam jeszcze przed założeniem bloga. Frank McCourt wspomina w niej czas po przybyciu do Stanów Zjednoczonych – sprzątanie w hotelu, służbę w wojsku, pracę w dokach, studia uniwersyteckie oraz lata uczenia w szkołach średnich. Jest to opowieść o życiu emigranta, ale też o wielkiej sile marzeń. Młody Frank miał sporo szczęścia – dzięki pomocy księdza poznanego na statku, Irlandczyka z pochodzenia, szybko dostał pracę i wynajął pokój. Nie tak jednak wyobrażał sobie życie w Nowym Jorku. Po latach biedy, jakiej zaznał w Irlandii, spodziewał się dobrobytu, tymczasem przyszło mu sprzątać po ludziach i czyścić muszle klozetowe za marne wynagrodzenie. Krzątając się po hotelowym hallu obserwował przychodzących tam studentów. Inteligentny, ambitny chłopak wstydził się przed nimi swojego uniformu, szufelki i szczotki do zamiatania, i marzył, że kiedyś będzie jednym z nich. Powołanie do wojska potraktował jako wybawienie od znienawidzonej pracy w hotelu. Po powrocie ze służby zatrudnił się w portowych magazynach, później w firmie ubezpieczeniowej. Dzięki ustawie dotyczącej żołnierzy po odbyciu służby czynnej został przyjęty na Uniwersytet Nowojorski, mimo że nie chodził do szkoły średniej. Po uzyskaniu dyplomu mógł podjąć pracę nauczyciela. Wiele lat później spełnił jeszcze jedno młodzieńcze marzenie – został pisarzem.
Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej rósł mój podziw i szacunek dla autora, który będąc młodym, ambitnym i wrażliwym chłopcem, musiał zwalczyć nie tylko swoje kompleksy, ale też wiele przeciwności losu. Najpierw wstydził się swoich chorych oczu i zepsutych zębów, potem pracy w hotelu. Na uniwersytecie wykładowcy wytykali mu uproszczone, naiwne podejście do literatury (skutek braków w wykształceniu), co skutecznie odbierało mu radość studiowania. Z kolei pracownicy portowi przez to, że podjął studia, szykanowali go tak, że musiał z tej pracy zrezygnować. Całą tę drogę Frank przeszedł dzięki własnej sile ducha i napotkanym ludziom. Krótko po przyjeździe przypadkowy barman z irlandzkiego pubu wysłał go do biblioteki i kazał czytać, zamiast ogłupiać się alkoholem. A ciemnoskóry doker Horace, którego syn również studiował, nauczył Franka dystansu do ludzi chcących go upokorzyć, i dodał mu wiary w siebie.
Autor opisuje swoje doświadczenia w sposób bezpośredni, nie ukrywając emocji, jakie w nim wówczas budziły, ale bez użalania się – z lekkim dystansem i dużą dozą humoru. Dowcipem skrzą się zwłaszcza opisy służby wojskowej, którą Frank odbywał częściowo w Niemczech (a były to lata pięćdziesiąte). Trenował tam psy, uczęszczał do szkoły pisarzy kompanijnych, był zaopatrzeniowcem. Kiedyś razem z dwoma kolegami, Weberem i Rappaportem (który był Żydem) został wysłany do pralni dla wojska, która mieściła się... w Dachau. Spanikowany Rappaport nie był w stanie przekroczyć bramy. Frank zwiedził obóz, o którego istnieniu wiedział z gazet i kronik filmowych, obejrzał piece krematoryjne. Wywarło to na nim mocne wrażenie. Inny obrazek z tamtego okresu to obozy dla uchodźców, gdzie kobiety oddawały się amerykańskim żołnierzom za papierosy i kawę.
Nowy Jork pełen był irlandzkich barów i Irlandczyków rozpoznających się po akcencie. A jednak to zupełnie inny świat, w którym nie można np. wejść z jedzeniem na salę kinową, podczas gdy w kinie w Limerick jadało się rybę z frytkami czy świńską nogę. Moim ulubionym fragmentem jest opowieść, jak Frank wybrał się do kina na „Hamleta” z Laurence’em Olivierem. W torbie zakrytej płaszczem przeciwdeszczowym przemycił cytrynowy torcik bezowy i butelkę piwa imbirowego. Cały dzień nic nie jadł i marzył o chwili, gdy będzie mógł rozkoszować się znakomitym filmem i swoim ulubionym ciastkiem. Pudełko mocno szeleściło, więc upomniany przez widzów wyszedł do łazienki, żeby się posilić, ale nie do końca mu się to udało... W wyniku skargi został wyrzucony przez biletera, a do tego wzięty za zboczeńca (płaszcz!). Zaśmiewałam się przy tej historii do łez, jednak nie wybaczę bezdusznym Amerykanom, że nie pozwolili młodemu człowiekowi, który cierpiał tak niewyobrażalną nędzę w dzieciństwie, na tę odrobinę przyjemności, jaką było zjedzenie ciastka podczas seansu ;-).
Moja ocena: 6/6
niedziela, 27 marca 2011
Poznać kobietę – Amos Oz

Joel Rawid pracuje jako agent izraelskich służb specjalnych. Po nagłej śmierci żony decyduje się przejść na emeryturę. Wynajmuje dom w innym mieście, gdzie przeprowadza się wraz z córką Netą, matką Lizą i teściową Awigail. Mając dużo wolnego czasu rozmyśla o swoim małżeństwie, rodzinie, pracy.
Jest tu cała galeria interesujących kobiecych postaci. Iwrija, jedyna miłość Joela, chociaż w ich małżeństwie oprócz uczucia, przyjaźni i namiętności obecne były także negatywne emocje. Szesnastoletnia Neta, miewająca ataki epilepsji, zaprzeczająca własnej kobiecości. Liza i Awigail, zaprzyjaźnione, wspierające się wzajemnie, aktywne towarzysko i mające swoje zajęcia. Mieszkająca obok Annemarie, z którą Joel nawiązuje romans. Azjatka, która udzieliła niegdyś Joelowi istotnych informacji o terrorystach, nie żądając niczego w zamian – poza obietnicą, że nigdy więcej nie nawiąże z nią kontaktu. Jednak wbrew tytułowi kobiety nie stanowią tutaj pierwszego planu. Najistotniejsze są przemyślenia i przeżycia samego Joela, który próbuje sobie poradzić ze śmiercią żony. A raczej – zupełnie sobie nie radzi. Ucieka w codzienne czynności, które wykonuje z chorobliwą wręcz dokładnością. Zajmuje się wszelkimi naprawami w domu. Każdego dnia usiłuje złapać roznosiciela, który zostawia gazetę na chodniku zamiast w skrzynce. Gdy już nie ma czego naprawiać, zaczyna porządkować ogród. Nawet pod prysznicem myje się wyjątkowo starannie. Ucieka od świadomości, że tak naprawdę nie znał swojej żony, niejednokrotnie unikał rozmów, zbywał ją; a teraz jest już za późno. Gdy jednak jego matka mówi „Wkrótce umrę, Joelu, a ty wtedy nagle będziesz strasznie chciał mnie o coś spytać. Czy nie byłoby lepiej, gdybyś już zaczął pytać?” – zbywa ją tak samo jak żonę.
Na początku czytałam jednym tchem, a później męczyłam się razem z Joelem ponad tydzień. Spodziewałam się żywszej akcji i denerwowała mnie trochę postawa głównego bohatera. Chyba nie należy zaczynać znajomości z prozą Oza od tej powieści. Zachwycił mnie za to jego styl, dlatego sięgnę po inne jego książki. Także i po to, żeby zatrzeć wrażenie po niniejszej lekturze.
Moja ocena: 4/6
czwartek, 17 marca 2011
Dzień św. Patryka
„Bo widzisz, tylko tu w Irlandii ludzie jeszcze rozumieją, że liczy się czas na spotkanie z przyjaciółmi, wdepną do pubu, przejdą się na spacer brzegiem morza, pójdą na ceili (irlandzkie tańce), pośpiewają czasem. Słońce, pogoda i pieniądze to nie wszystko. Życie ma tu specjalną jakość, nie znajdziesz tego gdzie indziej.”
Ernest Bryll, Małgorzata Goraj–Bryll
„Irlandia. Celtycki splot”. Poznań 2010, s. 258.
Wszystkim Odwiedzającym życzę,
aby Wasze życie miało
specjalną jakość :-)
sobota, 12 marca 2011
Rondo. Wiersze z lat 2006-2009 – Józef Baran
Lubię, gdy wiersz mnie „uwiera”, nie daje o sobie zapomnieć. Skłania, by wciąż do niego wracać i odkrywać na nowo. W zbiorze „Rondo” znalazłam wiele takich utworów. Te teksty są tak esencjonalne, że nie dało się ich czytać inaczej niż jeden dziennie, a potem przez wiele godzin porządkować natłok myśli. Józef Baran pisze o pędzie współczesnego świata. Świata, w którym ludzie, rezygnując z własnych pragnień, zajmują się mnóstwem rzeczy, których tak naprawdę nie chcą robić. Brakuje im za to czasu, żeby poznać samych siebie, pielęgnować miłość i bliskość, cieszyć się chwilą. Każdego dnia poruszają się po tych samych ścieżkach, wracając wciąż do punktu wyjścia, jakby w rytmie „Bolera”. Powtarzalność i miałkość codzienności. Wielu nie stać na własne opinie i poglądy; łatwiej przejmować cudze. Nie zawsze wartościowe. Ludzi nie interesują myśliciele pokroju Sokratesa czy Platona, od których mogliby się czegoś nauczyć, słuchają za to celebrytów, którzy niekoniecznie mają coś mądrego do powiedzenia.
A przecież nie musi tak być. Poeta pisze o tym, że warto być sobą, zamiast jednym z niewyróżniających się Ziemian. Budować z mozołem swoje życie, niejednokrotnie zaczynając od początku. Walczyć o marzenia, zwłaszcza gdy potrzeba wiele wysiłku, by je urzeczywistnić. Wypełnić treścią dany nam czas, aby życie nie „kręciło się bez celu/jak szalony pies w kółko ogona/siedmiu dni tygodnia” („Nie bój się być sobą”, s. 50).
Nie sposób napisać o wszystkich wątkach zawartych w wierszach Barana. Są tu wrażenia z podróży, rozmowy z ludźmi żyjącymi w różnych zakątkach globu, zachwyt nad pięknem roślin odradzających się na wiosnę. Wzruszający wiersz dla córki i nowonarodzonego wnuka. Największe wrażenie wywarły jednak na mnie utwory „Tyle razy umieraliśmy” i „Tyle razy odradzaliśmy się” (s. 10-11). Według poety w ciągu naszego życia umieramy wielokrotnie; odejścia naszych bliskich, rozstania, dramaty, nawet podróże odbierają nam jakąś część nas samych. Zatem gdy przyjdzie nasz czas, „może okazać się/że już dawno nie mamy z czego umierać”. A jednocześnie mamy w sobie siłę, by podnieść się po upadku; odradzamy się kolejny raz, witając świt z nadzieją. Dlaczego więc „mamy uwierzyć/w nie-odrodną śmierć”...
Moja ocena: 5,5/6
poniedziałek, 21 lutego 2011
W biegu... książka podróżna – Marcin Wilk

Z początku przeszkadzało mi, że te rozmowy były przeprowadzane „w biegu”; akurat miałam chęć na długie wywiady poruszające wiele problemów i pozostawiające zamęt w głowie. Ale ilekroć chciałam rzucić książkę w kąt, trafiałam na rozmowę, której temat mnie zainteresował, albo w której odnajdywałam własne spostrzeżenia. Zatem doczytałam do końca.
Niewątpliwą zaletą tego zbioru jest różnorodność i bogactwo podejmowanych zagadnień: pisanie jako proces, podróżowanie i turystyka, więzi międzyludzkie, życie po Holokauście, popkultura, niedojrzałość, zmiany w Polsce po 1989 roku, miejsce intelektualistów we współczesnym świecie... nie sposób wymienić wszystkich. Rozmówcami Marcina Wilka byli m.in. Olga Tokarczuk, Etgar Keret, Eduardo Mendoza, Sylwia Chutnik, Irena Matuszkiewicz, Karl Dedecius, Éric–Emmanuel Schmitt, Agata Tuszyńska, Janusz L. Wiśniewski, John Irving, Dubravka Ugrešić, Joanne Harris. Najciekawsze wydają mi się wywiady z prof. Teresą Walas, prof. Andrzejem Chwalbą o III Rzeczypospolitej, a także z Janem Grzegorczykiem, gdzie padło wiele celnych uwag („Ludzie nie kochają posągów, ale postacie z krwi i kości, kruche i ułomne”; „Akceptacja świata, jakim jest, i cieszenie się jego różnorodnością, to chyba najlepsza z możliwych dróg”), i z Aleksandrą Marininą – bo mam słabość do Nastii Kamieńskiej. Wynotowałam sobie kilka tytułów, do których chcę zajrzeć, i zapamiętałam, po które nie sięgać, bo to zupełnie nie moja bajka. Po lekturze pozostał mi lekki niedosyt, ale dzięki temu nie zapomnę o dopiero co sporządzonej liście ;-).
Moja ocena: 5/6
wtorek, 8 lutego 2011
E-książka/book: szerokopasmowa kultura – Łukasz Gołębiewski

To niewielka objętościowo książka (132 strony), ale wręcz „gęsta” od podejmowanych w niej zagadnień. Autor, sam będąc zwolennikiem książki w papierowej postaci, przewiduje jej rychły koniec. Jego zdaniem nastąpi to, kiedy czytniki będą powszechnie używane i dostępne za złotówkę, a za korzystanie z e-kultury zostaną wprowadzone opłaty abonamentowe. Jeżeli za np. 15 zł użytkownik będzie mógł ściągnąć bezpłatnie trzy e-książki, z pewnością to zrobi (choć pewnie ich nie przeczyta). Kultura będzie płynąć szerokopasmowo bezpośrednio na czytniki – nie tylko dzieła literackie, ale i gazety, encyklopedie, słowniki, muzyka, filmy, internetowe radio i telewizja, reprodukcje dzieł sztuki itd. Książka papierowa stanie się wówczas droga, i z czasem odejdzie do lamusa.
Gołębiewski pisze także, odwołując się do opinii innych badaczy, o kwestiach wiążących się z ewentualną zmianą w dostępie do kultury. Sądzi, iż konieczne będą zmiany w prawie autorskim i zasadach wynagradzania twórców. Przewiduje także zmierzch zawodu drukarza, księgarza i bibliotekarza, choć jednocześnie przytacza opinię Piotra Gawrysiaka, autora „Cyfrowej rewolucji”, według którego zawód bibliotekarza stanie się jeszcze ważniejszy, gdyż będą oni musieli dbać o to, aby treści przechowywane w sieci ocalały dla potomnych. Gołębiewski wylicza także mocne i słabe strony szerokopasmowej kultury oraz szanse i zagrożenia.
Jest tu tyle poglądów, o których można by dyskutować, że mogłabym chyba napisać książkę-polemikę, a nie tylko krótką notkę na blogu. Skupię się na pytaniach, jakie nasuwały mi się podczas lektury. Czy w społeczeństwie, w którym czytelnictwo spada w zastraszającym tempie, czytniki rzeczywiście będą masowo kupowane? Autor przewiduje, że pliki będą przesyłane bezpośrednio na czytnik – a zatem zgubienie czytnika oznacza zgubienie całego posiadanego księgozbioru... Jeżeli użytkownik będzie chciał tego uniknąć, musi skopiować swoje zbiory – na komputer stacjonarny, pendrive itp., a to dodatkowe utrudnienie. Kolejna kwestia: Gołębiewski zauważa, iż system pakietowy pozwoli sprzedać użytkownikowi znacznie więcej, niż rzeczywiście potrzebuje (co jest szansą dla kultury). Owszem, tylko jak długo? Czy w ramach abonamentu kupujący będzie mógł wybrać owe hipotetyczne trzy książki z całości ówczesnej produkcji, czy z przygotowanej oferty? W tym drugim przypadku może się okazać, że nie znajdzie dla siebie niczego satysfakcjonującego, i że w związku z tym będzie albo „zaśmiecać” sobie czytnik książkami, których nie przeczyta, albo tracić pieniądze, bo nic nie ściągnie. Nie będę tu analizować słabych i mocnych stron szerokopasmowej kultury oraz szans i zagrożeń wymienianych przez Gołębiewskiego, zainteresowanych odsyłam do książki. Jednak autor jako jedną z mocnych stron wymienił trwałość pliku (który w przeciwieństwie do wytworów kultury materialnej nie ulega zniszczeniu, jest „wieczny”), a z tym pozwolę sobie nie zgodzić się. Bibliotekarze zajmujący się digitalizacją zwracają uwagę, że przy tak szybkim rozwoju technologii już dziś niektórych formatów nie da się odczytać. Podobnie jest z nośnikami – za kilkadziesiąt lat nie odczytamy już dzisiejszych płyt CD czy DVD, zaś z książek wydanych przed wiekami nadal można korzystać. Mogłoby więc okazać się i tak, że któregoś dnia nie będziemy w stanie odczytać znacznej części zdigitalizowanych zbiorów, i w ten sposób stracimy je bezpowrotnie. Mam jednak nadzieję, że fachowcy zajmujący się tymi kwestiami nie pozwolą na „wylanie dziecka z kąpielą”.
Sądzę, że urzeczywistnienie się wizji nakreślonej przez autora jest tak samo prawdopodobne jak to, że się ona nie spełni. Ze spokojem myślę o przyszłości książki papierowej. A książkę Łukasza Gołębiewskiego gorąco polecam, bo to fascynująca lektura.
Moja ocena: 6/6
czwartek, 20 stycznia 2011
Każdy dom potrzebuje balkonu – Rina Frank
Nie miałam wobec tej książki wygórowanych oczekiwań, ale i tak się zawiodłam. Z jednej strony jest to opowieść o dorastaniu w Hajfie, jej narratorką jest główna bohaterka, Rina. Okres ten jawi się jako szczęśliwy, mimo niedostatków w domu rodzinnym. Wspomnienia z dzieciństwa przeplatają się ze scenami z życia dorosłej Riny, składającymi się na obraz rozpadu małżeństwa. Obraz przewidywalny, i chciałoby się rzec – banalny. Domyślam się, że zastosowanie w tej części trzecioosobowej narracji miało podkreślić dystans bohaterki do opisywanych wydarzeń, drażniło mnie to jednak podczas lektury.
Mam ambiwalentne odczucia względem tej powieści, Czytało mi się ją lekko, a fragmenty opisujące dzieciństwo nawet z dużą przyjemnością. Chętnie spróbowałabym potraw, jakie się tam jadało, może z wyjątkiem mamałygi ;-). Dorosła bohaterka zaimponowała mi swoją walką o córkę, ale zdenerwowało mnie jej postępowanie wobec męża. Zakończenie zaś pozostawiło niesmak.
Czuję, że z lektury nie pozostanie mi w pamięci nic, może z wyjątkiem żydowskiego przysłowia „kto zmienia miejsce, zmienia przeznaczenie”.
Moja ocena: 3,5/6