Nie odnotowywałam dotąd książek, których nie doczytałam do końca. Ponieważ tym razem chodzi o lekturę wyzwaniową, czuję się w obowiązku napisać kilka słów. Przede wszystkim pomysł Stowarzyszenia Lektorów – ludzi umiejących wpływać na innych poprzez głośne czytanie – wydał mi się sztuczny i naciągany (dobry aktor może osiągnąć identyczny efekt). Następnie autor wystawił moją cierpliwość na jeszcze większą próbę, dzieląc stowarzyszenie na lektorów (nadawców) i odbiorców potrafiących kontrolować czytających ludzi, odbierających obrazy, jakie lektura wywołuje w ich umysłach i wzmacniających wrażenia czytelników (???...). Książka jest przeładowana niepotrzebnymi informacjami, niczego niewnoszącymi do fabuły. Do tego bohaterowie zachowują się niekiedy dziwacznie (nieuzasadnione chichoty, sprawdzanie ni z tego, ni z owego, czy ktoś ich nie śledzi itp.), co obudziło we mnie podejrzenie, że Stowarzyszenie Lektorów może być po prostu grupą wariatów. To wszystko plus moja alergia na zdarty do cna motyw władzy nad światem (wspomniany w okładkowej notce) spowodowało, że poddałam się ostatecznie na 124 stronie, choć miałam ochotę rzucić książką dużo wcześniej. Pomysł może nie jest zły, lecz z pewnością niedopracowany; wygląda to tak, jakby autor zapisywał wszystko, co mu przyszło do głowy. Być może jest to lepszy materiał na film (á la Kod da Vinci) niż na książkę. Kolejne lektury wyzwaniowe będę dobierać znacznie uważniej, nie zdając się już na przypadek.
Moja ocena: 1/6
Opowieści
8 lat temu