poniedziałek, 25 lipca 2016

Milionerzy – Stanisława Fleszarowa–Muskat



Milionerzy wydają się być idealną książką na lato – taką, przy której dobrze się odpoczywa. Pisarka obrała za bohaterów pracowników stoczni, rodzinę lekarza zakładowego, marynarza i młodą malarkę. Wartka akcja, pełnokrwiste postaci i obfitość dialogów – powieść pierwotnie była słuchowiskiem radiowym – sprawiają, że czyta się ją błyskawicznie. Forma lekka, ale temat bynajmniej błahy nie jest. Można tę książkę potraktować jako historię dwóch romansów i jednej dojrzałej miłości, ale istotniejszy jest tu dramat dziecka, którego rodzina rozpada się na jego oczach. Wątkiem nie do pominięcia jest też sprawa kradzieży w stoczni, która stała się dla autorki pretekstem do rozważań o etosie pracy.

Od pierwszego wydania powieści minęło już ponad pół wieku. Szczególnie fascynujące w jej lekturze było odkrywanie/przekonanie się, jak głębokie zmiany w obyczajowości zaszły przez ten czas. Inny był model ojcostwa (o ile można tu mówić o modelu, skoro ojcostwo polegało głównie na sprowadzeniu na świat i łożeniu na utrzymanie latorośli), inne oczekiwania wobec żony. Źle były oceniane takie, które biegały do kina i po koleżankach, a rano nie naszykowały mężowi śniadania. Ceniono za to kobiety gospodarne, trzymające się domu, odgadujące życzenia współmałżonka, posłuszne (!) a nawet – o zgrozo – niezbyt mądre.

Wśród wyznaczników popularności powieści Fleszarowej–Muskat wskazywano postawę bohaterów wobec konfliktów moralnych. Ich decyzje zawsze były słuszne, zgodne z obowiązującymi zasadami moralnymi i zdrowym rozsądkiem. Jednak dzisiejszych czytelników owe wybory mogą przyprawić głównie o zgrzyt zębów. Obarczanie drugiej osoby całą odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację nie należy raczej do moralnych zachowań, nie wspominając już o tym, że – uwaga, spoiler! – trzeba mieć tupet, aby zażądać od żony przyzwolenia na romans. Postawa zaś dwóch pracowników stoczni, majstra Wantuły i pomocnika Wacka, których sprawa kradzieży dotknęła bezpośrednio, może i była propagowana jako wzór do naśladowania, ale zarówno wówczas, jak i dziś, wzbudziłaby przede wszystkim uśmiechy politowania i niedowierzania.

Pisarce niejednokrotnie zarzucano jawny dydaktyzm. Biorąc jednak pod uwagę jej skrupulatność w sprawdzaniu realiów, spostrzegawczość i znakomity warsztat literacki, warto przymknąć oko na niedostatki tej prozy, i czytać Fleszarową także dziś. Jej powieści to kopalnia wiedzy o PRL-u.

Moja ocena: 3,5/6

czwartek, 30 czerwca 2016

13 pięter – Filip Springer



O książce Filipa Springera napisano już tyle, że nie mam nic nowego do dodania. Poza dwiema uwagami. Pierwsza: 13 pięter powinien przeczytać każdy Polak, bez wyjątku. Druga: to nie problem mieszkaniowy jest polskim przekleństwem. Jest nim głupota i krótkowzroczność.

Zamiast recenzji – trzy cytaty:

1. ”Od sposobu zaspokojenia potrzeby zamieszkiwania zależy zdrowie mieszkańców, ich zdolności produkcyjne, stan sił moralnych i twórczych danego społeczeństwa” – Konstanty Krzeczkowski Kwestia mieszkaniowa w miastach polskich, 1939 (s. 116)

2. ”Budowa suwerennego społeczeństwa obywatelskiego, w którym prawo do mieszkania zagwarantowane jest tylko dla niewielkiej grupy społecznej, nie jest możliwe. […] Mieszkanie jest dobrem pierwszej potrzeby. Dlatego też prawo do mieszkania jest prawem obywatelskim we wszystkich cywilizowanych społeczeństwach” – Irena Herbst, Andrzej Bratkowski Memoriał mieszkaniowy, 1992 (s. 238)

3. ”Nie rozwiążemy problemu bezrobocia bez poprawy mobilności Polaków. A ci nie będą chcieli się przemieszczać, jeśli będą uwiązani kredytami do swoich mieszkań. Nie pokonamy kryzysu demograficznego, jeśli potencjalni rodzice nie będą mieli pewności, że nikt nie wyrzuci ich z domu miesiąc po narodzinach dziecka. Ale dla mnie najgorsze jest to, że wykastrowano mentalnie całą generację, wmawiając jej, że kredyt to jedyne rozwiązanie. Mieszkanie przestało się kojarzyć z obywatelskim prawem. Ludzie uwierzyli, że zaspokojenie tej potrzeby zależy tylko od ich ciężkiej pracy. Jeśli nie mają gdzie mieszkać, to znaczy, że zbyt słabo się starają. Takie postawienie sprawy jest po prostu nieludzkie.” – Piotr Mync (s. 268).

Moja ocena: 5,5/6

poniedziałek, 8 lutego 2016

Slow life, slow reading, slow blogging

Nie ma mnie, jestem w Mitford. Mniej więcej od połowy grudnia. Od kilku lat po zmianie czasu mam ochotę zapaść w sen zimowy, a w tym roku w pewnym sensie mi się to udało. Zaszyłam się w małym amerykańskim miasteczku, i jest mi tam bardzo dobrze. Podczytuję w międzyczasie inne rzeczy, staram się systematycznie zaglądać na ulubione blogi, tu i ówdzie zostawiam kilka słów, i czasem mi żal, że nie uczestniczę bardziej aktywnie w blogowym świecie, że trudno mi się zmobilizować do napisania kolejnej notki, ale… nic na siłę.

Nie mam wyrzutów sumienia, że tyle czasu poświęcam na literaturę tzw. mało ambitną. Od czasu do czasu widuję na blogach opinie o książkach o tematyce wojennej czy obozowej, zwykle z dołączonym komentarzem „trzeba czytać takie rzeczy, aby to się już nigdy więcej nie powtórzyło”. Moim zdaniem trzeba pisać i publikować takie książki, by podobne działania nie przechodziły bez echa bądź popadały w zapomnienie, tu pełna zgoda. Ale naprawdę nie wydaje mi się, abym przez fakt, iż zmuszę się do przeczytania czegoś, po czym będę chodziła roztrzęsiona przez wiele dni i śniła po nocach koszmary, mogła zapobiec jakiejś wojnie. Wojny wciąż wybuchają i będą się toczyć tak długo, jak długo ktoś będzie miał w tym interes, a ludzkość staje się coraz bardziej pomysłowa w swym okrucieństwie. „Jesteś tym, co czytasz” napisała niedawno Anna Maruszeczko we wstępie do lutowego numeru „Urody Życia”. Dlatego oficjalnie wypisuję się z trendu „trzeba czytać to czy tamto”. Wolę czytać teksty budujące, wzmacniające, dające pozytywną energię i ładujące akumulatory niż szargające nerwy i budzące lęk przed światem.

A teraz z zupełnie innej beczki czyli muszę, bo się uduszę. Latem wybrałam się na wystawę fotograficzną „Dzień dobry Marylin”, skuszona m.in. obietnicą dużego wyboru gadżetów okołowystawowych. Wymarzyłam sobie zakładkę z czytającą Marylin, choć przyznaję, do dziś nie wiem, czy akurat Milton H. Greene robił aktorce takie zdjęcia. Wystawa mnie w pełni usatysfakcjonowała, natomiast wybór pamiątek był więcej niż skromny, a o zakładkach oczywiście mowy być nie mogło. Wytłumaczyłam sobie, że widocznie przyszłam zbyt późno i jakoś pogodziłam się z tym faktem. Na dniach obejrzałam wystawę „Arcydzieła malarstwa polskiego XIX/XX w.” w Pałacu Królewskim. Świetnie przygotowana, wybór gadżetów naprawdę duży, w dodatku w dużej rozpiętości cenowej, więc każdy znajdzie coś dla siebie. Ale o zakładkach do książek znowu nikt nie pomyślał… bo i po co? Polacy wszak nie czytają, Europejska Stolica Kultury nie jest pod tym względem wyjątkiem, po co zatem produkować coś tak niepotrzebnego?

Zakończenie będzie optymistyczne. W ostatniej „Polityce” (nr 6/2016) ukazał się artykuł Aleksandry Żelazińskiej „Książki wieczyste”, a tam same dobre wiadomości. Książki są coraz większe objętościowo, kolejne modele czytników naśladują papier, a mimo popularności e-booków książka papierowa ma się doskonale i nie zanosi się na to, aby nowe technologie wyparły druk. A zatem, wbrew ponurym przepowiedniom, nie wylewamy dziecka z kąpielą. Przynajmniej na razie.

środa, 23 grudnia 2015

Radosnych świąt!



Ponieważ był to ostatni dzień przed świętami, pani przeczytała nam śliczne opowiadanie gwiazdkowe. Wszystko było jakoś dziwnie i inaczej. Właśnie w chwili gdy już mieliśmy wychodzić ze szkoły, zdarzyło się coś, co było najlepsze ze wszystkiego. Pani napisała do Sztokholmu i zamówiła dla nas książki. Pokazała nam kiedyś duży arkusz, na którym było moc prześlicznych obrazków, przedstawiających okładki różnych książek z bajkami. Mogliśmy wybrać sobie książki, które chcielibyśmy kupić. Ja zamówiłam dwie, a Lasse i Bosse też po dwie. Na moich były prześliczne księżniczki i książęta. Właśnie ostatniego dnia przed świętami przysłali pani te książki. Chodziła po klasie i rozdawała je dzieciom. Nie mogłam się wprost doczekać, kiedy dostanę swoje. Lecz mamusia powiedziała, że nie wolno mi ich czytać, aż dopiero w Wigilię. […]

Potem poszłyśmy do domu. Było tak jasno i ładnie. W pewnej chwili, po drodze, Britta wyjęła swoją książkę z bajkami. Powąchała ją. Potem powąchaliśmy ją wszyscy po kolei. Nowe książki pachną tak ślicznie, że po prostu czuje się po zapachu, jak przyjemnie będzie je czytać. Potem Britta zaczęła czytać swoją książkę. Jej mama też powiedziała, że książki należy schować aż na wieczór wigilijny. Britta tłumaczyła się, że przeczyta tylko mały, malusieńki kawałek. Gdy przeczytała ten kawałek, uważaliśmy wszyscy, że to jest bardzo ciekawe opowiadanie, i poprosiliśmy ją, żeby przeczytała jeszcze kawałeczek. Przeczytała więc jeszcze trochę. Lecz to nic nie pomogło, bo gdy skończyła, byliśmy znów ciekawi dalszego ciągu.
– Muszę się dowiedzieć, czy książę został odczarowany, czy nie – mówił Lasse. Zmuszona więc była przeczytać jeszcze kawałeczek. Czytaliśmy więc aż do Bullerbyn, a wtedy okazało się, że Britta przeczytała nam całą książeczkę. Powiedziała jednak, że to nic nie szkodzi, bo i tak przeczyta ją jeszcze raz w wieczór wigilijny.
Astrid Lindgren Dzieci z Bullerbyn


Radosnych świąt Bożego Narodzenia, 
ciepłej atmosfery, 
spokoju i wypoczynku 
oraz 
wspaniałych prezentów książkowych pod choinką!

sobota, 19 grudnia 2015

Kulinarnie czyli święta literackie

Tradycyjnie w grudniu (a nawet jeszcze w listopadzie) wszystkie pisma dla kobiet prezentują pomysły udekorowania domu na Boże Narodzenie i rozmaitych kreacji, w jakich najlepiej zaprezentować się przy świątecznym stole. Podsuwają też przepisy na wigilijno-świąteczne potrawy, co roku te same, z drobnymi tylko zmianami, które w dodatku wyglądają na bardzo pracochłonne. Po takiej lekturze pojawia się kusząca myśl, jakby to było przyjemnie zrezygnować z tych godzin spędzonych w kuchni, za to wprosić się na gotowe, np. do kogoś z bohaterów literackich. Możliwości jest sporo.

Borejkowie proponują tradycyjną polską Wigilię na bogato. Na stole znajdą się barszcz z uszkami, śledź z grzybami, śledź z marchewką, śledź pod buraczkiem, karp po żydowsku, bigos, pierożki grzybowe, z makiem, i z jabłkami, kutia, mleko makowe oraz zestaw ciast, w tym piernik i makowiec. Amatorzy wigilijnych dań będą musieli wybierać pomiędzy niestrawnością z przejedzenia a rezygnacją ze smakołyków dla zachowania linii. Natomiast ci, którzy nie za wszystkimi potrawami przepadają, przy takim ich wyborze z pewnością nie odejdą od stołu głodni.

W niewielkim miasteczku Lost River panują nieco inne zwyczaje, i na uroczystej wigilijnej kolacji podają smażonego kurczaka, szynkę, indyka, rostbef, kotlety wieprzowe i kurczaka z kluskami. Chcąc zachować tradycyjny post, musielibyśmy położyć na talerzach coś z niesłychanej mnogości warzyw, placków i ciast, a gdyby udało się przy tym zachować umiar w częstowaniu się słodkościami, wyszłoby nam to z pewnością na zdrowie. Zwłaszcza, jeżeli z dostępnych korzennych napojów wybralibyśmy wersję bez prądu.

Gdybyśmy zawitali na bożonarodzeniowy obiad do Belfastu, Sadie Smith ugościłaby nas daniem z kurczaka w sosie winnym, purée z marchewki i ziemniaczanymi krokiecikami, zakupionymi jako gotowe, w pojemniczkach z alufolii. Na deser podałaby czekoladowe eklerki, kupne ciasto i cappuccino. Zdaniem Sadie w święta wcale nie trzeba się zaharowywać, można spożyć wykwintny obiad, nie ubrudziwszy przy tym jednego garnka.

Jeszcze wytworniej zjedlibyśmy w Kings Lacey, w towarzystwie Herkulesa Poirota. Gospodarze rezydencji serwują zupę z ostryg, indyki, a na deser babeczki z jabłkami i bakaliami, oraz coś specjalnego. Jednak daniem zasadniczym jest świąteczny pudding z karmelowym sosem, zawierający sporych rozmiarów rubin. Jeżeli tylko uda nam się powściągnąć emocje pod czujnym spojrzeniem słynnego detektywa, i zręcznie ukryć drogocenny kamień, jesteśmy ustawieni do końca życia.

Małgorzata Musierowicz Noelka
Fannie Flagg Boże Narodzenie w Lost River
Sharon Owens Herbaciarnia pod Morwami
Agatha Christie Tajemnica gwiadkowego puddingu

niedziela, 25 października 2015

Michalina Wisłocka. Sztuka kochania gorszycielki – Violetta Ozminkowski

Teraz już wiem, że tworzy się i pracuje, po prostu żeby poczuć swoje możliwości i urodzić te wszystkie ziarenka, które potem sobie kiełkują, i dać trochę lepsze dni niewielu ludziom żyjącym w twoim otoczeniu.
Michalina Wisłocka

Życie Michaliny Wisłockiej było tak barwne jak ubrania, które nosiła. Szczęśliwe dzieciństwo, pierwsze zauroczenia, wielka miłość; później trudne lata wojenne, małżeństwo, macierzyństwo, studia medyczne, wreszcie praktyka lekarska. I nie do końca zrealizowane marzenie o pracy naukowej, która pozostała dodatkową działalnością znanej lekarki, ale nie podstawową. Wydarzenia z życia prywatnego przeplatają się z zawodowymi. Nie brak tu smakowitych anegdot – jedna z nich opowiada, jak ojciec oduczył Michalinę wracania po nocach z kina, inna jak doktor Wisłocka zareagowała na afront, jaki spotkał ją na Zjeździe Towarzystwa Świadomego Macierzyństwa. Sporo miejsca poświęcono problemom z wydaniem Sztuki kochania, ale o procesie jej powstawania nie ma prawie żadnych informacji.

Chronologia zdarzeń początkowo jest zachowana, później zaburzona. Biografię czyta się lekko i potoczyście, jednak narracja wytraca impet wraz z włączeniem do tekstu fragmentów dzienników Wisłockiej oraz listów, zarówno pisanych przez nią, jak i otrzymywanych. Sporo w nich rozważań o miłości. Zawartość książki w pełni odpowiada tytułowi, jednakowoż wolałabym poczytać więcej o pracy zawodowej doktor Wisłockiej zamiast o jej kolejnych adoratorach. Najwyraźniej sytuuję się poza targetem.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 11 października 2015

Most nad rwącą rzeką – Stanisława Fleszarowa–Muskat

Fabuła? Prościutka. Jest rok 1981. Młoda para z Polski, Dominika i Łukasz, przyjeżdża na wakacje do Hiszpanii. Nocują na campingach i żywią się głównie przywiezionymi z kraju konserwami i makaronami; jedynie w Madrycie decydują się wynająć pokój w hotelu. W tym samym miejscu zatrzymuje się światowej sławy dyrygent Jerome Asman. Na hotelowym parkingu dochodzi do wypadku, w którym autokar Amerykanów poważnie uszkadza samochody Polaków i Asmana. Dominika i Łukasz przyjmują propozycję kierowniczki amerykańskiej wycieczki, by na czas naprawy auta zajęli dwa wolne miejsca w autokarze. Do wycieczki dołącza również zaintrygowany Dominiką Asman…

Łukasz – architekt, starszy od Dominiki, a więc dojrzalszy. Zdystansowany wobec zachodniej rzeczywistości i jej pokus. Ciałem w Hiszpanii, ale duchem wciąż w Polsce. Codziennie słucha komunikatów radiowych z kraju, w którym robi się coraz bardziej niespokojnie. W końcu traci zainteresowanie wycieczką i zwiedzaniem, korzysta za to z każdej okazji, by posłuchać wiadomości. Dominika powie mu w złości, że to polityczny onanizm.
Dominika – zaledwie dwudziestoletnia studentka ASP, zachwycona Zachodem. Cieszy ją zwiedzanie, wizyty w muzeach, gdzie może wreszcie zobaczyć wielkie dzieła sztuki, próbowanie lokalnych specjalności, oglądanie wystaw sklepowych i przymierzanie ciuchów. Łatwo można zrozumieć młodziutką dziewczynę, która chce cieszyć się życiem, ładnie ubrać – a nie stać jej na oglądane rzeczy. Łatwo też zrozumieć jej lęk przed wojną i głodem. A jednak ta dziewczyna myśli realistycznie, bo mając wreszcie pieniądze, nie decyduje się na zakup wymarzonej spódnicy. Uważa, że powinna zawieźć dolary do kraju, gdzie mogą się okazać potrzebne całej rodzinie.
Wydawałoby się, że autorka jednoznacznie ocenia swoich bohaterów, wskazuje, która postawa jest właściwsza, godna pochwały. Sądzę jednak, że inaczej czytało się tę książkę krótko po wydaniu (ukazała się po raz pierwszy w 1984 r.), a inaczej się ją odbiera dziś, z perspektywy czasu. Choć postać Łukasza wydaje się nieznośnie papierowa, to nie można pominąć faktu, iż od pewnego momentu to Dominika wysuwa się na pierwszy plan.

Akcja toczy się w trzech miejscach. Pierwszym jest Hiszpania – miejsce kolorowe, słoneczne, beztroskie; świat zabytków, sztuki i pięknych ubrań. Drugim Polska – choć nie rozgrywa się tam ani jedna scena. Kraj targany niepokojami, zagrożony niedostatkiem; Polska, w której młodzi nie mogą się pobrać, bo nie mają gdzie mieszkać; gdzie prawdziwa kawa i czekolada to niewidziane od dłuższego czasu rarytasy. Trzecim miejscem są przedwojenne Zaleszczyki; przepięknie położony kurort z dwiema plażami, słoneczną i cienistą, i sadami oferującymi bogactwo owoców. Chociaż miasteczko wciąż nie odbudowało się ze zniszczeń pierwszej wojny światowej, to jako modne letnisko miało duże szanse na rozwój. W biografii Fleszarowej–Muskat (Na fali Krystyny Świerkosz) można znaleźć informacje, że pisarka wielokrotnie spędzała wakacje w Zaleszczykach u swojej ciotki; przyznała też kiedyś, że wspomnienia bohatera Mostu nad rwącą rzeką są jej własnymi wspomnieniami. Ponadto przed napisaniem książki Fleszarowa spędziła urlop w Hiszpanii – zatem przywoływane miejsca znała z autopsji.

Smakowałam tę powieść, czytałam powoli, żeby starczyło na dłużej. Nie jest to literatura wysoka, widzę jej mankamenty (jak choćby elementy dydaktyzmu, niekiedy patos lub szczypta egzaltacji), nawet podjęte tematy wydają się banalne, a jednak czyta się ją z zainteresowaniem i w napięciu, co będzie dalej. Jedną z poruszonych kwestii jest przywiązanie do ojczyzny, problem własnego miejsca na ziemi. Drugą – siła uczuć. Czy miłość jest w stanie przezwyciężyć wszystko? A może są rzeczy, które zniszczą nawet najsilniejsze uczucie? Tytuł ma znaczenie symboliczne – chodzi nie tylko o most na przedwojennej granicy Polski i Rumunii. Mostem okazał się również wzór na kilimach Dominiki, który przeniósł Asmana do jego wspomnień z dzieciństwa.
Świetna powieść. Serio.

Moja ocena: 4,5/6

środa, 30 września 2015

Sprawa aksamitnych pazurków – Erle Stanley Gardner

Pierwszy tom z serii o Perry’m Masonie, i pierwszy, który czytałam z takim napięciem – a sięgam po kryminały Gardnera od lat. Zaczyna się dość niewinnie. Do Masona zgłasza się kobieta, mężatka, z prośbą o wyciszenie sprawy. Spędzała wieczór ze znanym politykiem w miejscu, gdzie doszło do strzelaniny. Informacja o tym spotkaniu jest nie lada gratką dla pewnego brukowca, który chętnie upubliczniłby ją, oczywiście z podaniem nazwisk. Szósty zmysł podpowiada Delli Street, że z tą klientką będą kłopoty – i rzeczywiście. Kobieta okłamuje Masona na każdym kroku, stawia go w kłopotliwych sytuacjach, a w końcu oskarża o morderstwo.

Perry Mason jest tu przedstawiony jako człowiek twardy i bezwzględny, walczący do końca o swoich klientów (nawet w sytuacjach, wydawałoby się, beznadziejnych), który nie waha się użyć w tym celu pięści, kiedy trzeba. Dla ustalenia prawdy posługuje się nieprzeciętną inteligencją i sprytnymi sztuczkami, jego późniejszym znakiem rozpoznawczym. Gardner ujawnia też, kim jest Della Street. Dla zainteresowanych relacją Perry–Della: nie ma co liczyć na kwitnący powoli romans, tych dwoje od początku łączy silny związek uczuciowy. Co poza tym? Frapująca intryga, dobre tempo, kilka zwrotów akcji i zaskakujące rozwiązanie. Krótko mówiąc: świetny kryminał.

Moja ocena: 5/6

niedziela, 25 stycznia 2015

Jane Austen i jej racjonalne romanse – Anna Przedpełska–Trzeciakowska

Z pewnością biografia ta mogłaby być bardziej obiektywna, lepiej udokumentowana i bardziej wnikliwa. Jednak jej autorka we wstępie zaznaczyła, że nie jest to książka naukowa, a opowieść tłumaczki, która pracując nad przekładami powieści sięgała do rozmaitych źródeł oraz prac filologicznych i krytycznoliterackich. Lekki zaś, gawędziarski styl tej opowieści sprawia, że dla mnie – wiecznie początkującej miłośniczki Jane Austen – jest to lektura idealna. Porządkuje i uzupełnia zasłyszane dotąd strzępy informacji, pozostawiając jednocześnie pewien niedosyt i budząc apetyt na więcej.

Tak jak Austen „malowała cienkim pędzelkiem na malutkiej płytce z kości słoniowej”, tak Przedpełska–Trzeciakowska maluje obrazki z życia pisarki. Na jednym z nich jest plebania w Steventon – jej dom rodzinny, pełen ciepła i miłości, gdzie wszyscy się wzajemnie szanowali i wspierali. Na innym – Bath, do którego Austenowie zdecydowali się przenieść, gdy Jane miała 25 lat. Na jeszcze innym – Chawton, gdzie spędziła ostatnie lata życia. Jednocześnie książka Przedpełskiej–Trzeciakowskiej jest rodzajem przewodnika po powieściach Austen. Objaśnia pewne zachowania bohaterów, zamysł kompozycyjny utworów, aluzje do publikowanych wówczas dzieł literackich, które pisarka dobrze znała. Najciekawsze jednak jest odkrywanie, co z doświadczeń samej Jane przeniknęło do jej twórczości. W książkach Austen można odnaleźć wrażenia wyniesione z odbywanych przez nią podróży, a w niektórych postaciach – cechy i zachowania znanych jej osób. Ponadto Jane – zupełnie jak jej ulubiona Elżbieta Bennet – była świetnym piechurem.

Portret Jane Austen, nakreślony przez tłumaczkę jej dzieł, przedstawia pogodną i inteligentną kobietę o zdecydowanych poglądach, szanującą cudze uczucia, dyskretną, powściągliwą i racjonalną. Pisarkę, która swoje zajęcie traktowała poważnie i rzetelnie sprawdzała realia. Osobę o dużym poczuciu humoru, które nie opuszczało jej aż do końca, zawsze skłonną wykpić ludzkie śmiesznostki i przywary. Lubię panią, panno Austen.

Moja ocena: 5,5/6

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Penelopiada – Margaret Atwood



Kanadyjska pisarka rozwija wątki mitu o Odysie, skrótowo potraktowane przez Homera, wskazując inny sposób odczytania starożytnego przekazu. Nie znaczy to jednak, że podsuwa gotową interpretację. Nic tu nie jest pewne. Czy Odyseusz był godnym podziwu i szacunku herosem, czy zręcznym oszustem i spryciarzem? (Chyba nieprzypadkowo jego cechą charakterystyczną są… krótkie nogi.) Czy rzeczywiście w drodze na Itakę dokonywał bohaterskich czynów i rozkochiwał w sobie boginie, czy też – jak twierdzą inni – awanturował po oberżach i błąkał po zamtuzach? Czy plotki o niewierności Penelopy to zemsta służek, czy też tkwi w nich ziarno prawdy?

Relacja zdradzanej żony czyni opowieść o Odysie pełniejszą. Atwood udziela też głosu tym, z których zdaniem przez lata się nie liczono: dwunastu służącym – powieszonym, choć nie miały wpływu na swój los i nie były winne temu, co je spotkało. Dziewczęta oskarżają nie tylko Odyseusza, ale i samą Penelopę. Królowa nie okazała się lepsza, nie zadbała właściwie o te, które wykonywały jej polecenia, i dzięki którym zdołała obronić się przed zalotnikami.

Mit o Odyseuszu w tym ujęciu wydaje się zaskakująco aktualny. Jest opowieścią o ludzkiej naturze, relacjach rodzinnych, motywach postępowania i bardziej lub mniej cenionych wartościach. Świat starożytnych do złudzenia przypomina czasy współczesne – i wtedy, i obecnie własna korzyść jest stawiana na pierwszym miejscu, uczucia innych lekceważone, a powierzchowność ceniona wyżej niż mądrość. Drugie spotkanie z twórczością Margaret Atwood okazało się znacznie bardziej udane niż pierwsze. I z pewnością nie będzie ostatnim.

Moja ocena: 5,5/6

czwartek, 30 października 2014

Jesienne wietrzenie

Poranne mgły, oszronione trawniki, polarne powietrze kłujące zimnem w policzki… jesień przyszła na dobre. A co gorsza – idzie zima. Przy takich perspektywach rośnie apetyt na czytanie, koniecznie pod kocem i z kubkiem dobrej herbaty pod ręką, i na blogowanie. Niby książki towarzyszą mi cały czas, ale wciąż są to lektury wypoczynkowe, co mi zostało jeszcze po lecie. Na nic zdało się zaklinanie rzeczywistości – wypożyczone na wakacje ambitne tytuły wciąż leżą nieprzeczytane. Może w najbliższych tygodniach nadejdzie ich czas.

Na dobry początek po tak długiej przerwie jest post lekki czyli zapchajdziura, czyli badziew, czyli stosik. Pozazdrościwszy blogerom dumnie prezentowanych zakupów przywiezionych z krakowskich Targów Książki, postanowiłam pochwalić się zdobyczami z giełdy bibliotecznej. Podróży Maudie Tipstaff i Pełni życia panny Brodie tradycyjnie nie udało się upolować. Za to na pociechę jest bonus w postaci zakładki znalezionej w jednym z zakupów. Lojalnie uprzedzam, że fakt zaprezentowania nabytków nie oznacza, że zostaną szybko przeczytane i opisane. Porzućcie wszelką nadzieję, którzy tu wchodzicie…

sobota, 3 maja 2014

Książki i ludzie – rozmowy Barbary N. Łopieńskiej



Wywiady dziennikarki z ludźmi kultury i nauki czyta się jak znakomitą powieść – trudno się od nich oderwać. Rozmówców Łopieńskiej cechuje emocjonalne podejście do książki jako przedmiotu i treści, które ze sobą niesie. Opowiadają oni o ulubionych lekturach, przyzwyczajeniach czytelniczych, prezentują swoje księgozbiory. Czasem są to kilkutysięczne biblioteki, nad którymi trudno zapanować, a czasem zbiór liczy zaledwie kilkanaście tytułów, tych najważniejszych. Zdecydowana większość nie znosi pożyczać własnych książek i tego nie robi – głównie dlatego, że często nie wracają do swoich właścicieli. Bywa, że małżonkowie prezentują odmienne poglądy w tej kwestii: dla Ireny Szymańskiej nie było większej przyjemności niż pożyczanie ludziom książek, a dla Ryszarda Matuszewskiego gorszej przykrości.

Dużo radości przysporzyło mi tropienie tych nawyków czytelniczych znanych ludzi, które są również moimi. Nieraz kupuję książki, które wcześniej przeczytałam, żeby mieć własny egzemplarz – podobnie jak Magdalena Tulli. Z przyjemnością wracam do Lalki, jak profesor Janusz Tazbir, i potrafię w kółko czytać te same książki, jak miał w zwyczaju Erwin Axer. I podobnie jak Czesław Apiecionek przeprowadzam selekcje swojego księgozbioru, bo „rozsądna biblioteka powinna mieć rozsądne ramy” (s. 255).

Być może dla części czytelników książka Łopieńskiej będzie rozgrzeszeniem z niektórych przyzwyczajeń, uznawanych powszechnie za naganne. Jeżeli zatem ktoś jest zainteresowany, który z historyków literatury wydzierał z książek potrzebne stronice, kto z ludzi nauki bazgrze w książkach, a kto je kradł, gdy uważał, że marnują się u aktualnych właścicieli, serdecznie polecam ten zbiór wywiadów. Poza wszystkim to lektura obowiązkowa dla każdego mola książkowego.

Moja ocena: 5,5/6

niedziela, 23 lutego 2014

Śmiertelne rytuały – Alicia Giménez–Bartlett



Pierwszy z hiszpańskiego cyklu kryminałów Alicii Giménez–Bartlett różni się całkowicie od opisywanego w poprzednim poście Złodzieja kanapek. U Camilleriego była szybka akcja, ledwie zarysowany wątek życia osobistego komisarza Montalbano i intryga kryminalna na pierwszym planie. U Giménez–Bartlett jest dokładnie odwrotnie. Prowadzącym sprawę serii gwałtów policjantom początkowo trudno jest znaleźć jakiś punkt zaczepienia, dlatego śledztwo toczy się mozolnie. Dodatkowo autorka sporo uwagi poświęca głównym bohaterom – ambitnej inspektor Petrze Delicado oraz jej partnerowi Fermínowi Garzónowi, podinspektorowi z wieloletnim stażem. Współpracownicy zrazu zachowują się wobec siebie z rezerwą, z czasem jednak tworzą zgrany duet.

Garzón, widziany oczyma uprzedzonej doń Delicado, stopniowo zyskuje przy bliższym poznaniu. Prezentujący nieco konserwatywne poglądy podinspektor świetnie zna się na pielęgnacji roślin ogrodowych, a ponadto wysoko ceni rozkosze podniebienia. Samą Petrę trudno lubić. Za dużo myśli, analizuje i tłumaczy swoje postępowanie, ma skłonność do przesady i bywa zbyt ostra w stosunku do podejrzanych i świadków. W trakcie śledztwa jednak nabiera doświadczenia i staje się bardziej wyważona. Szczegółowo potraktowany temat życia osobistego Petry – układania wszystkiego na nowo po drugim rozwodzie i urządzania się w nowym miejscu – oraz nawiązywania porozumienia z przydzielonym współpracownikiem sprawiają, że książkę tę równie dobrze można czytać jako powieść obyczajową z rozbudowanym wątkiem kryminalnym. Cykl rozpoczął się bardzo obiecująco, z przyjemnością sięgnę po kolejne części.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 16 lutego 2014

Złodziej kanapek – Andrea Camilleri



Mimo okresowego pochłaniania sporej ilości kryminałów nie czuję się znawczynią gatunku. Traktuję je jako lekki przerywnik pomiędzy bardziej wymagającymi lekturami, coś czytanego dla rozrywki. Jeżeli można przy tej okazji pogimnastykować małe szare komórki, to świetnie. Ale jeśli nie, to nie szkodzi. Nie pociągają mnie szczegółowe opisy brutalnych zbrodni ani atmosfera wywołująca ciarki na plecach i lęk przed wejściem do ciemnego pokoju. Oczekuję ciekawej akcji, bohatera, którego da się lubić, odrobiny humoru w miarę możliwości, a gdy na końcu skruszeni przestępcy wyznają wszystkie winy, grzecznie podstawiając rączki do kajdanek, jestem w pełni usatysfakcjonowana.

Komisarz Salvo Montalbano z pewnością daje się lubić. Doświadczony policjant w średnim wieku, broniący się przed awansem wszelkimi siłami, nieco zgryźliwy choleryk rzucający od czasu do czasu grubszym słowem, a przede wszystkim smakosz, który – mimo iż nie jest głodny – zawraca do restauracji, by rozkoszować się specjalnie przyrządzoną barweną, zdecydowanie budzi moją sympatię. Akcja jest ciekawie poprowadzona, a książkę czyta się szybko, głównie dzięki sporej liczbie dialogów. Humoru również nie brakuje, a to za sprawą współpracownika komisarza, Catarelli, i jego specyficznego sposobu wysławiania się. Źródłem komicznych sytuacji bywa też południowy temperament, przejawiany przez niektórych świadków. Lektura spełniła moje oczekiwania i serdecznie dziękuję Lirael za przekonanie mnie do włoskich kryminałów.

Moja ocena: 4/6

niedziela, 9 lutego 2014

Jak zostałam księgarzem – Halina Maria Pfeiffer



Gdyby nie Lirael i Jej wpis, nie miałabym pojęcia o istnieniu tej niewielkiej książeczki. Jej autorka podczas wojny była zatrudniona w znanej firmie „Gebethner i Wolff”. W opowieści Pfeiffer dominują dwa wątki – pracy w antykwariacie i nauki zawodu oraz wspomnienia z czasów okupacji. W krótkiej przedmowie autorka zwróciła uwagę, że oficynę wydawniczo – księgarską tworzyli przecież także liczni pracownicy, pomijani dotąd w opracowaniach na temat przedsiębiorstwa. Dla ich upamiętnienia zatem sięgnęła po pióro.

Antykwariat był świetnie zorganizowaną firmą, gdzie poszczególnymi działami (np. włoskim czy niemieckim) zajmowali się wyspecjalizowani pracownicy, zaś kierownik działu nut umiał zagrać na pianinie wybrany przez klienta utwór. W podręcznej fachowej biblioteczce stała bibliografia Estreichera, do której często sięgano w poszukiwaniu informacji. Autorka opisała nie tylko księgarzy, z którymi pracowała, ale też – ze sporą dozą humoru – własne wpadki jako debiutantki w zawodzie. Wspomniała także o klientach, bibliofilach i naukowcach, którzy zaglądali do antykwariatu. Sporo miejsca poświęciła też Szkole Księgarskiej, którą ukończyła w czasie wojny, jej organizacji, wykładanym przedmiotom i absolwentom.

Z opowieściami o pracy przeplatają się wspomnienia okupacyjne. Pfeiffer kilkakrotnie napomknęła o udziale własnym i kolegów w konspiracji, o przechowywaniu w antykwariacie map sztabowych i sprzedawaniu spod lady książek zakazanych przez Niemców. Opisała też darmowe dożywanie pracowników zorganizowane przez firmę, gdy żywność mocno już podrożała.

Mimo niepozornej objętości wspomnienia Haliny Pfeiffer to interesująca lektura, pełna ciekawostek. I chociaż są raczej rzeczowe niż wysmakowane literacko, czyta się je z dużą przyjemnością.

Moja ocena: 4/6

wtorek, 21 stycznia 2014

Sezon burz – Andrzej Sapkowski



Naczytawszy się opinii dalekich od entuzjazmu, przystąpiłam do lektury Sezonu burz bez wygórowanych oczekiwań. I może to jest najlepszy sposób, by tę książkę właściwie ocenić – i docenić. Fakt, iż nie jest ona ściśle powiązana z sagą o wiedźminie to duży plus; saga jest dziełem znakomitym i skończonym, nie wymagającym żadnych uzupełnień czy ciągów dalszych. Natomiast opowiadania pozostawiły niedosyt, dlatego wiadomość, że Sapkowski opisał wcześniejsze losy Geralta, bardzo mnie ucieszyła.


Sezon burz jest rozwinięciem wątku zasygnalizowanego w opowiadaniu Coś więcej. Wielbiciele wiedźmińskiego cyklu znajdą w tym tomie wszystko, do czego pisarz przyzwyczaił czytelników: wartką i frapującą akcję, soczysty język, błyskotliwe dialogi, humor, odwołania do popkultury i współczesności. Zapowiedź bitwy pod Sodden, a także przewijające się postaci Vysogoty z Corvo czy Nimue zdążającej do szkoły czarodziejek, zgrabnie łączą najnowszą powieść Sapkowskiego z sagą. Być może nie u wszystkich wywoła ona takie emocje jak wcześniejsze części, ja jednak czytałam ją z równą przyjemnością i zaangażowaniem. Żal mi tylko dwóch rzeczy. Po pierwsze: że Sezon burz powstał po tak długiej przerwie. Przez ten czas uleciały gdzieś entuzjazm i zachwyt, z jakimi pochłaniałam sagę. Po drugie: że nie mogłam się znaleźć na aukcji u braci Borsodych. Z wielkim ukontentowaniem nabyłabym wówczas starożytny dzwonek krasnoludzkiej roboty.

Moja ocena: 4,5/6

niedziela, 29 grudnia 2013

Moja babcia, Niemcy i wojna – Janina Wieczerska



Historia rodziny pisarki, wspomnienia z okresu II wojny światowej, opowieść o dorastaniu w trudnych czasach – tym wszystkim jest książka Janiny Wieczerskiej. Początkowo autorka chciała napisać wielką powieść o swojej babci, zwanej przez wnuki Babą od najwcześniejszych lat dziecięcych. Z upływem czasu stało się to niemożliwe – starsze pokolenie odeszło i nie było już kogo zapytać o historie rodzinne. Dlatego pisarka zebrała w książce zapamiętane opowieści i własne doświadczenia.

Najwięcej miejsca Wieczerska poświęciła wspomnieniom z II wojny. Otwiera je, przytoczony niemal bez zmian, rozdział z powieści „Pusty wieczór”. Znane już z innych przekazów opisy pakowania się i ucieczki przed frontem na wschód, następnie powrotu do domu po kapitulacji, palenia książek przez okupantów, wywłaszczeń i wywózek wywierają silne wrażenie, bo są przedstawione z perspektywy dziecka. Jednak mimo nieszczęść, jakie dotknęły rodzinę, dzięki Babie dzieciństwo autorki i jej brata miało wiele jasnych momentów. Przed grozą wojny dzieci były chronione nie tylko przez opiekujących się nimi dziadków, ale też przez własną nieświadomość. Jedzenie było bardzo skromne, ale Baba dbała, aby nie chodzili głodni, starając się przyrządzić smaczny i wartościowy posiłek z tych niewielu produktów, jakimi dysponowała. Dziadkowie doceniali znaczenie edukacji, dlatego oprócz niemieckiego kształcenia na poziomie elementarnym była i nauka na tajnych kompletach. Znalazł się też czas na dziecięce zabawy, w tym teatr na strychu, oraz na liczne lektury.

Niemcy spalili publiczne księgozbiory, ale część prywatnych udało się uchronić. Ocalałe książki wypożyczano sobie nawzajem i pilnowano, aby wracały do swych właścicieli. Wśród ówczesnych lektur autorki znalazły się m.in. dzieła Henryka Sienkiewicza i Bolesława Prusa, Historynka Montgomery, Panna z mokrą głową Makuszyńskiego, powieści Juliusza Verne’a, pięcioksiąg przygód Sokolego Oka, wypisy szkolne Mówią wieki. Dorośli czytywali oprawione roczniki „Ilustracji Polskiej” i „Przewodnika Katolickiego”. Wieczerska wspomina również wspólne czytanie W pustyni i w puszczy, kiedy to dzieci – nie mogąc się doczekać dalszego ciągu – grzecznie i wcześnie maszerowały do łóżek.

O książce Wieczerskiej można by jeszcze pisać długo i szczegółowo. Jest w niej zawarty spory fragment historii naszego kraju. Jest portret Baby – osoby ciężko doświadczonej przez los, a jednak bardzo ciepłej i pogodnej. I jest piękna, spajająca całość klamra. Jednym z najwcześniejszych wspomnień jest opisana z detalami wyprawa Baby z dwojgiem najstarszych dzieci na przedświąteczny jarmark w Gelsenkirchen, świetlisty i kolorowy. Książkę zamyka wspomnienie Wigilii, na której zebrała się cała rodzina – w tym autorka z mężem i niedawno narodzoną córeczką.

Moja ocena: 5,5/6

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Życzenia świąteczne

Zdrowych i radosnych świąt 
Bożego Narodzenia,
wytchnienia od codzienności,
wielu wspaniałych chwil z bliskimi
i udanych prezentów pod choinką!




niedziela, 8 grudnia 2013

Letnie wojaże czyli wygraj sobie zakładkę


Zima coraz bliżej, czas wyciągnąć z szafy rękawiczki, czapki i ciepłe swetry. A i naszym książkom przydałoby się coś na czasie, np. zakładka odpowiednia do pory roku ;-). Taką właśnie, sweterkowo–bałwankową, narożnikową zakładkę można wygrać w kolejnym konkursie fotograficznym. Zasady te same co zawsze: proszę odgadnąć nazwy trzech miast, w których zrobiłam poniższe zdjęcia, i podać je w komentarzu. W konkursie niestety nie mogą brać udziału osoby, którym zdradziłam, gdzie tym razem mnie droga zawiodła – chyba zacznę utajniać moje plany wyjazdowe, aby nikt nie był pokrzywdzony. Życzę miłej zabawy i powodzenia!



czwartek, 28 listopada 2013

Składnica księgarska (1)



Urszula Dudziak „Wyśpiewam Wam wszystko”. To był jeden z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie tytułów. Równie silne było rozczarowanie, gdy wreszcie pojawił się w księgarniach. Spodziewałam się tradycyjnej autobiografii z zachowaną chronologią. Tymczasem książka składa się z chaotycznie rozrzuconych opowieści o pracy artystycznej, wspomnień z dzieciństwa, fragmentów dotyczących początków śpiewania i marzeń o występach na scenie oraz pobytu w Stanach – kraju wielkich możliwości, gdzie co i rusz ktoś kradnie muzykom instrumenty. Wydaje się, że to zaledwie wstęp, szkic do historii wspaniałej kariery i niebanalnego życia. Wyjątkowych wrażeń dostarcza anegdota o Hieronimie Boschu (zainteresowanych odsyłam do strony 86). Książka fascynująca, jednak pozostawiająca spory niedosyt. Rozczarowana jestem nadal – ale formą, nie treścią.

Moja ocena: 3,5/6


Stanisława Fleszarowa–Muskat „Zatoka śpiewających traw”. Lektura jeszcze wakacyjna. Główny wątek dotyczy młodej pani inżynier i uruchamiania w Polsce pierwszego zakładu produkującego agar-agar. W powieści przewija się też temat odkupienia win za zbrodnie wojenne. Jednak najistotniejszym i najbardziej udanym wątkiem jest oczekiwanie na bliskich spędzających wiele miesięcy na morzu. Autorka pisze o towarzyszących temu uczuciach oraz niemożności zaakceptowania w pełni takiej sytuacji. Właściwie musiałabym napisać o tej książce to samo, co o „Lecie nagich dziewcząt”: wartka akcja, wnikliwość i trafność obserwacji, wiarygodność psychologiczna. Plus wątek miłosny nieodmiennie wywołujący zgrzytanie zębów. Mimo wszystko „Zatoka…” podobała mi się bardziej niż „Lato…”.
Moja ocena: 4/6

Sharon Owens „Siódmy sekret szczęścia”. Co rok czytam przynajmniej jedną książkę bożonarodzeniową, i co rok nie ma po tym śladu na blogu wyzwaniowym. Czas się zrehabilitować. Opowieść rozpoczyna się w Wigilię Bożego Narodzenia. Ruby wraz z przyjaciółką wybiera drogi prezent dla swojego męża. W oczekiwaniu na jego powrót z pracy robi ostatnie przedświąteczne porządki. W międzyczasie odbiera telefon od Jonathana, który powiadamia ją, że musi jeszcze zawieźć klientowi dokumenty. Nietrudno przewidzieć, czym to się skończy… Książka ma chyba wszystkie wady czytadeł: jest przewidywalna, z drętwymi nieraz dialogami, chwilami pretensjonalna i banalna. Mogłabym też zarzucić jej niepoważne potraktowanie poważnego tematu. Ale mimo to okazała się całkiem niezłym remedium na ponurą aurę za oknem. Zawiera sporą dawkę humoru oraz kilka życiowych rad, jakby żywcem wyjętych z kobiecego czasopisma. Dodatkowy bonus to zaskakująca – jak na ten gatunek – liczba momentów oraz elementy science–fiction (pielęgniarka w szpitalu przynosząca położnicy i jej przyjaciółce herbatę i ciasteczka).

Moja ocena: 3/6