środa, 30 września 2015
Sprawa aksamitnych pazurków – Erle Stanley Gardner
czwartek, 31 maja 2012
451° Fahrenheita – Ray Bradbury
niedziela, 12 czerwca 2011
Sekretne życie pszczół – Sue Monk Kidd
wtorek, 19 kwietnia 2011
I rzeczywiście – Frank McCourt

„I rzeczywiście” to kontynuacja książki „Prochy Angeli” (w Polsce wydanej także pod tytułem „Popiół i żar”), którą czytałam jeszcze przed założeniem bloga. Frank McCourt wspomina w niej czas po przybyciu do Stanów Zjednoczonych – sprzątanie w hotelu, służbę w wojsku, pracę w dokach, studia uniwersyteckie oraz lata uczenia w szkołach średnich. Jest to opowieść o życiu emigranta, ale też o wielkiej sile marzeń. Młody Frank miał sporo szczęścia – dzięki pomocy księdza poznanego na statku, Irlandczyka z pochodzenia, szybko dostał pracę i wynajął pokój. Nie tak jednak wyobrażał sobie życie w Nowym Jorku. Po latach biedy, jakiej zaznał w Irlandii, spodziewał się dobrobytu, tymczasem przyszło mu sprzątać po ludziach i czyścić muszle klozetowe za marne wynagrodzenie. Krzątając się po hotelowym hallu obserwował przychodzących tam studentów. Inteligentny, ambitny chłopak wstydził się przed nimi swojego uniformu, szufelki i szczotki do zamiatania, i marzył, że kiedyś będzie jednym z nich. Powołanie do wojska potraktował jako wybawienie od znienawidzonej pracy w hotelu. Po powrocie ze służby zatrudnił się w portowych magazynach, później w firmie ubezpieczeniowej. Dzięki ustawie dotyczącej żołnierzy po odbyciu służby czynnej został przyjęty na Uniwersytet Nowojorski, mimo że nie chodził do szkoły średniej. Po uzyskaniu dyplomu mógł podjąć pracę nauczyciela. Wiele lat później spełnił jeszcze jedno młodzieńcze marzenie – został pisarzem.
Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej rósł mój podziw i szacunek dla autora, który będąc młodym, ambitnym i wrażliwym chłopcem, musiał zwalczyć nie tylko swoje kompleksy, ale też wiele przeciwności losu. Najpierw wstydził się swoich chorych oczu i zepsutych zębów, potem pracy w hotelu. Na uniwersytecie wykładowcy wytykali mu uproszczone, naiwne podejście do literatury (skutek braków w wykształceniu), co skutecznie odbierało mu radość studiowania. Z kolei pracownicy portowi przez to, że podjął studia, szykanowali go tak, że musiał z tej pracy zrezygnować. Całą tę drogę Frank przeszedł dzięki własnej sile ducha i napotkanym ludziom. Krótko po przyjeździe przypadkowy barman z irlandzkiego pubu wysłał go do biblioteki i kazał czytać, zamiast ogłupiać się alkoholem. A ciemnoskóry doker Horace, którego syn również studiował, nauczył Franka dystansu do ludzi chcących go upokorzyć, i dodał mu wiary w siebie.
Autor opisuje swoje doświadczenia w sposób bezpośredni, nie ukrywając emocji, jakie w nim wówczas budziły, ale bez użalania się – z lekkim dystansem i dużą dozą humoru. Dowcipem skrzą się zwłaszcza opisy służby wojskowej, którą Frank odbywał częściowo w Niemczech (a były to lata pięćdziesiąte). Trenował tam psy, uczęszczał do szkoły pisarzy kompanijnych, był zaopatrzeniowcem. Kiedyś razem z dwoma kolegami, Weberem i Rappaportem (który był Żydem) został wysłany do pralni dla wojska, która mieściła się... w Dachau. Spanikowany Rappaport nie był w stanie przekroczyć bramy. Frank zwiedził obóz, o którego istnieniu wiedział z gazet i kronik filmowych, obejrzał piece krematoryjne. Wywarło to na nim mocne wrażenie. Inny obrazek z tamtego okresu to obozy dla uchodźców, gdzie kobiety oddawały się amerykańskim żołnierzom za papierosy i kawę.
Nowy Jork pełen był irlandzkich barów i Irlandczyków rozpoznających się po akcencie. A jednak to zupełnie inny świat, w którym nie można np. wejść z jedzeniem na salę kinową, podczas gdy w kinie w Limerick jadało się rybę z frytkami czy świńską nogę. Moim ulubionym fragmentem jest opowieść, jak Frank wybrał się do kina na „Hamleta” z Laurence’em Olivierem. W torbie zakrytej płaszczem przeciwdeszczowym przemycił cytrynowy torcik bezowy i butelkę piwa imbirowego. Cały dzień nic nie jadł i marzył o chwili, gdy będzie mógł rozkoszować się znakomitym filmem i swoim ulubionym ciastkiem. Pudełko mocno szeleściło, więc upomniany przez widzów wyszedł do łazienki, żeby się posilić, ale nie do końca mu się to udało... W wyniku skargi został wyrzucony przez biletera, a do tego wzięty za zboczeńca (płaszcz!). Zaśmiewałam się przy tej historii do łez, jednak nie wybaczę bezdusznym Amerykanom, że nie pozwolili młodemu człowiekowi, który cierpiał tak niewyobrażalną nędzę w dzieciństwie, na tę odrobinę przyjemności, jaką było zjedzenie ciastka podczas seansu ;-).
Moja ocena: 6/6
poniedziałek, 27 grudnia 2010
Przybieżeli pasterze - Jan Karon
Do Mitford zawitała jesień. Po śniadaniu w barze Grill ojciec Timothy Kavanagh zagląda do Oksfordzkich Antyków, gdzie Andrew i Fred właśnie rozpakowują nową dostawę. Wśród towarów znajduje się szopka betlejemska – dwadzieścia gipsowych figurek, niektóre pomalowane na brzydkie kolory i nieco uszkodzone. Jej widok przywodzi na myśl ojcu Timowi wspomnienie innej szopki, przywiezionej przez jego prababcię z Irlandii. Jako dziecko zawsze rozkładał ją w czasie świąt. Wiele lat później, gdy był już dorosły, figurki uległy zniszczeniu. Ojciec Tim decyduje się kupić i odnowić gipsową szopkę, chociaż nie ma w tym zakresie żadnego doświadczenia. Zadanie jest niełatwe, a dodatkowo trzeba utrzymać rzecz całą w tajemnicy, gdyż szopka ma być niespodzianką dla żony pastora...
Jest to lekka i ciepła opowieść, która może być wytchnieniem od świątecznego zgiełku, ale też może umilić oczekiwanie na Boże Narodzenie, a później podtrzymać jego atmosferę. Wrażenia po lekturze? Niedosyt. Brakowało mi tego, że nie znam wcześniejszych losów pastora Kavanagha, Cynthii, Hope Winchester, J.C. Hogana i innych. Chyba zajrzę jeszcze kiedyś do Mitford ;-).
Książka przeczytana w ramach wyzwania „Znalezione pod choinką”
Moja ocena: 4/6
niedziela, 12 września 2010
Bar dobrych ludzi – J.R. Moehringer

Wspomnienia Moehringera są jednocześnie hymnem na cześć Dickensa, zapisem trudnego dorastania, historią wielkiej i niespełnionej miłości oraz opowieścią o tym, co kształtowało przyszłego dziennikarza i pisarza, laureata nagrody Pulitzera. Autor opisuje dom, w którym się wychowywał, i ludzi, którzy wywarli nań największy wpływ. Matkę, wszelkimi siłami próbującą samodzielnie utrzymać siebie i syna. Dziadka ekscentryka, który wobec obcych umiał być czarującym człowiekiem, ale domownikom uprzykrzał życie. Wujka Charlie’go, który wraz z kolegami z baru zabierał małego JR na plażę. Księgarzy Billa i Buda, którzy zadbali o jego rozwój duchowy i skłonili, aby złożył dokumenty na wymarzony uniwersytet w Yale. I nieobecnego ojca, z którym spotkał się zaledwie kilka razy w życiu.
Mnogość wątków sprawia, że można by pisać o tej powieści jeszcze długo, a i tak nie udałoby się oddać jej uroku i klimatu. „Bar dobrych ludzi” jest napisany pięknym, prostym językiem, nie brakuje w nim humoru. To jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, nie chcąc jednocześnie, aby się skończyły.
Moja ocena: 6/6
środa, 30 czerwca 2010
Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek - Mary Ann Shaffer, Annie Barrows

Autorkom świetnie udało się pokazać, jak czytanie książek może zbliżyć ludzi, ale też z jakich powodów po nie sięgają – ambicjonalnych (Mój najlepszy przyjaciel, jeszcze z lat dziecinnych, zadziera nosa, bo coś przeczytał, a ja nie [s. 159]), aby zdobyć kobietę (Kobiety lubią poezję. Wystarczy szepnąć gładkie słówko, a miękną jak wosk i tylko mokra plama zostaje [s. 70]), albo po prostu dla poprawy humoru [s. 53].
Nie mniej istotnym wątkiem powieści jest okupacja niemiecka Wysp Normandzkich. Początkowo wiązało się to z pewnymi niedogodnościami życia codziennego. Z czasem jednak mieszkańcy Guernsey zaczęli odczuwać takie jej konsekwencje jak głód, brak środków czystości, rekwirowanie domów czy wysyłanie do obozów koncentracyjnych, co spotkało m.in. jedną z głównych bohaterek tej opowieści.
Postacie pojawiające się w tej książce są nakreślone żywo, z humorem i dużą dozą sympatii. Dzięki nim Guernsey jawi się jako przyjazne człowiekowi miejsce, które chciałoby się jak najszybciej odwiedzić. Warto też wspomnieć, że książka ma ładnie skomponowaną okładkę w przepięknym kolorze przydymionego błękitu. To lektura lekka i przyjemna, ale nie błaha. Polecam serdecznie!
Moja ocena: 5/6
poniedziałek, 31 maja 2010
Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya Ya - Rebecca Wells

niedziela, 16 maja 2010
Świnia w Prowansji - Georgeanne Brennan




