Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura amerykańska. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 września 2015

Sprawa aksamitnych pazurków – Erle Stanley Gardner

Pierwszy tom z serii o Perry’m Masonie, i pierwszy, który czytałam z takim napięciem – a sięgam po kryminały Gardnera od lat. Zaczyna się dość niewinnie. Do Masona zgłasza się kobieta, mężatka, z prośbą o wyciszenie sprawy. Spędzała wieczór ze znanym politykiem w miejscu, gdzie doszło do strzelaniny. Informacja o tym spotkaniu jest nie lada gratką dla pewnego brukowca, który chętnie upubliczniłby ją, oczywiście z podaniem nazwisk. Szósty zmysł podpowiada Delli Street, że z tą klientką będą kłopoty – i rzeczywiście. Kobieta okłamuje Masona na każdym kroku, stawia go w kłopotliwych sytuacjach, a w końcu oskarża o morderstwo.

Perry Mason jest tu przedstawiony jako człowiek twardy i bezwzględny, walczący do końca o swoich klientów (nawet w sytuacjach, wydawałoby się, beznadziejnych), który nie waha się użyć w tym celu pięści, kiedy trzeba. Dla ustalenia prawdy posługuje się nieprzeciętną inteligencją i sprytnymi sztuczkami, jego późniejszym znakiem rozpoznawczym. Gardner ujawnia też, kim jest Della Street. Dla zainteresowanych relacją Perry–Della: nie ma co liczyć na kwitnący powoli romans, tych dwoje od początku łączy silny związek uczuciowy. Co poza tym? Frapująca intryga, dobre tempo, kilka zwrotów akcji i zaskakujące rozwiązanie. Krótko mówiąc: świetny kryminał.

Moja ocena: 5/6

czwartek, 31 maja 2012

451° Fahrenheita – Ray Bradbury



Ponad pięćdziesiąt lat minęło od wydania powieści, w której Bradbury nakreślił wizję świata bez książek. Wówczas była odczytywana jako ostrzeżenie przed systemami totalitarnymi. Dziś – na co zwracają uwagę Marek Oramus w posłowiu i tłumaczka Iwona Michałowska w swojej nocie – w kontekście przemian kulturowych nabiera zupełnie innego wydźwięku. Świat bez książek jest pozornie szczęśliwy, bo oszczędza ludziom wielu nieprzyjemnych emocji, bolesnych refleksji czy wzruszeń. Dominuje w nim tania kultura masowa, historyjki obrazkowe, tasiemcowe seriale, agresywne reklamy – wizja niepokojąco podobna do naszej dzisiejszej rzeczywistości. To świat dojmującej pustki, w którym osoby myślące, jak Clarisse McClellan, skazane są na zagładę. Pozostałe doświadczają samotności w tłumie. Nie tylko Guy Montag, buntujący się przeciwko mechanizmom rządzącym światem wokół niego, zdaje sobie z niej sprawę. Jeszcze bardziej wyalienowany wydaje się kapitan Beatty – tyleż cynik, co postać tragiczna. I Mildred, której życie kręci się wokół oper mydlanych.

Brak kontaktu z książkami, będącymi tu symbolem kultury wysokiej, prowadzi do atrofii uczuć. Mildred Montag i jej koleżanki są całkowicie bezkrytyczne i bezrefleksyjne. Małżeństw nic nie łączy poza wspólnym gromadzeniem dóbr materialnych. Brak więzi emocjonalnych i bliskości to choroba nie tylko związków, ale całych rodzin. W świetle powyższego „451° Fahrenheita” wydaje się także pytaniem o istotę człowieczeństwa.

Moja ocena: 6/6

Książka przeczytana w ramach wyzwania W świecie książek

niedziela, 12 czerwca 2011

Sekretne życie pszczół – Sue Monk Kidd


Ekranizację oglądałam, gdy tylko weszła do kin, książkę udało mi się wypożyczyć dopiero teraz. Bałam się trochę, że okaże się czytadłem, na szczęście te obawy okazały się przesadzone. To ciepła i urzekająca, lecz nie przesłodzona opowieść o poszukiwaniu własnej tożsamości, swoich korzeni, a jednocześnie wiarygodny psychologicznie zapis dorastania czternastoletniej dziewczyny.

Lily Owens mieszka z nieczułym i brutalnym ojcem oraz czarnoskórą nianią Rosaleen. W wieku czterech lat straciła matkę. Jako pamiątki po niej zostały rękawiczki, zdjęcie oraz obrazek Czarnej Madonny z napisem „Tiburon, Kar. Płd.”, które dziewczynka odnalazła na strychu i pieczołowicie skrywa przed ojcem. Kiedy Rosaleen wpada w kłopoty, razem z Lily uciekają do Tiburonu. Tam trafiają do sióstr Boatwright prowadzących pasiekę. Wyrabiany przez nie miód jest sprzedawany w słoikach opatrzonych nalepkami z Czarną Madonną. Uciekinierki podejmują pracę u sióstr w zamian za jedzenie i dach nad głową. Pod czujnym okiem August Boatwright Lily uczy się pszczelarstwa, przeżywa pierwszą miłość i nabiera sił, aby zmierzyć się z prawdą o swojej matce i sobie samej. To, czego się dowiaduje, pozwala jej też zrozumieć ojca.

Tłem tej historii są lata sześćdziesiąte XX wieku, kiedy to podpisano ustawę o prawach obywatelskich, pozwalającą czarnoskórym Amerykanom głosować w wyborach. Dlatego problem rasistowskich zachowań jest równie istotnym wątkiem co dorastanie Lily. Ale jest to także opowieść o sile kobiet, mężnie stawiających czoło przeciwnościom losu i akceptujących życie takim, jakie jest. A także o tym, jak zawiedzione nadzieje mogą zmienić człowieka. I choć znalazłam w niej kilka potworkowatych zdań („z mojego serca wystrzeliła mała gałązka smutku”, „na jej plecach wyrósł wielki garb milczenia”), to jednak stawiam książce wysoką ocenę – za przekonujące postaci, optymistyczne przesłanie, humor oraz za trafiającą w sedno definicję autostopu: „stajesz przy drodze z podniesionym kciukiem i ktoś się w końcu nad tobą lituje” (s. 52).

Moja ocena: 5,5/6

wtorek, 19 kwietnia 2011

I rzeczywiście – Frank McCourt


„I rzeczywiście” to kontynuacja książki „Prochy Angeli” (w Polsce wydanej także pod tytułem „Popiół i żar”), którą czytałam jeszcze przed założeniem bloga. Frank McCourt wspomina w niej czas po przybyciu do Stanów Zjednoczonych – sprzątanie w hotelu, służbę w wojsku, pracę w dokach, studia uniwersyteckie oraz lata uczenia w szkołach średnich. Jest to opowieść o życiu emigranta, ale też o wielkiej sile marzeń. Młody Frank miał sporo szczęścia – dzięki pomocy księdza poznanego na statku, Irlandczyka z pochodzenia, szybko dostał pracę i wynajął pokój. Nie tak jednak wyobrażał sobie życie w Nowym Jorku. Po latach biedy, jakiej zaznał w Irlandii, spodziewał się dobrobytu, tymczasem przyszło mu sprzątać po ludziach i czyścić muszle klozetowe za marne wynagrodzenie. Krzątając się po hotelowym hallu obserwował przychodzących tam studentów. Inteligentny, ambitny chłopak wstydził się przed nimi swojego uniformu, szufelki i szczotki do zamiatania, i marzył, że kiedyś będzie jednym z nich. Powołanie do wojska potraktował jako wybawienie od znienawidzonej pracy w hotelu. Po powrocie ze służby zatrudnił się w portowych magazynach, później w firmie ubezpieczeniowej. Dzięki ustawie dotyczącej żołnierzy po odbyciu służby czynnej został przyjęty na Uniwersytet Nowojorski, mimo że nie chodził do szkoły średniej. Po uzyskaniu dyplomu mógł podjąć pracę nauczyciela. Wiele lat później spełnił jeszcze jedno młodzieńcze marzenie – został pisarzem.


Im bardziej zagłębiałam się w lekturę, tym bardziej rósł mój podziw i szacunek dla autora, który będąc młodym, ambitnym i wrażliwym chłopcem, musiał zwalczyć nie tylko swoje kompleksy, ale też wiele przeciwności losu. Najpierw wstydził się swoich chorych oczu i zepsutych zębów, potem pracy w hotelu. Na uniwersytecie wykładowcy wytykali mu uproszczone, naiwne podejście do literatury (skutek braków w wykształceniu), co skutecznie odbierało mu radość studiowania. Z kolei pracownicy portowi przez to, że podjął studia, szykanowali go tak, że musiał z tej pracy zrezygnować. Całą tę drogę Frank przeszedł dzięki własnej sile ducha i napotkanym ludziom. Krótko po przyjeździe przypadkowy barman z irlandzkiego pubu wysłał go do biblioteki i kazał czytać, zamiast ogłupiać się alkoholem. A ciemnoskóry doker Horace, którego syn również studiował, nauczył Franka dystansu do ludzi chcących go upokorzyć, i dodał mu wiary w siebie.


Autor opisuje swoje doświadczenia w sposób bezpośredni, nie ukrywając emocji, jakie w nim wówczas budziły, ale bez użalania się – z lekkim dystansem i dużą dozą humoru. Dowcipem skrzą się zwłaszcza opisy służby wojskowej, którą Frank odbywał częściowo w Niemczech (a były to lata pięćdziesiąte). Trenował tam psy, uczęszczał do szkoły pisarzy kompanijnych, był zaopatrzeniowcem. Kiedyś razem z dwoma kolegami, Weberem i Rappaportem (który był Żydem) został wysłany do pralni dla wojska, która mieściła się... w Dachau. Spanikowany Rappaport nie był w stanie przekroczyć bramy. Frank zwiedził obóz, o którego istnieniu wiedział z gazet i kronik filmowych, obejrzał piece krematoryjne. Wywarło to na nim mocne wrażenie. Inny obrazek z tamtego okresu to obozy dla uchodźców, gdzie kobiety oddawały się amerykańskim żołnierzom za papierosy i kawę.


Nowy Jork pełen był irlandzkich barów i Irlandczyków rozpoznających się po akcencie. A jednak to zupełnie inny świat, w którym nie można np. wejść z jedzeniem na salę kinową, podczas gdy w kinie w Limerick jadało się rybę z frytkami czy świńską nogę. Moim ulubionym fragmentem jest opowieść, jak Frank wybrał się do kina na „Hamleta” z Laurence’em Olivierem. W torbie zakrytej płaszczem przeciwdeszczowym przemycił cytrynowy torcik bezowy i butelkę piwa imbirowego. Cały dzień nic nie jadł i marzył o chwili, gdy będzie mógł rozkoszować się znakomitym filmem i swoim ulubionym ciastkiem. Pudełko mocno szeleściło, więc upomniany przez widzów wyszedł do łazienki, żeby się posilić, ale nie do końca mu się to udało... W wyniku skargi został wyrzucony przez biletera, a do tego wzięty za zboczeńca (płaszcz!). Zaśmiewałam się przy tej historii do łez, jednak nie wybaczę bezdusznym Amerykanom, że nie pozwolili młodemu człowiekowi, który cierpiał tak niewyobrażalną nędzę w dzieciństwie, na tę odrobinę przyjemności, jaką było zjedzenie ciastka podczas seansu ;-).


Moja ocena: 6/6

poniedziałek, 27 grudnia 2010

Przybieżeli pasterze - Jan Karon


Do Mitford zawitała jesień. Po śniadaniu w barze Grill ojciec Timothy Kavanagh zagląda do Oksfordzkich Antyków, gdzie Andrew i Fred właśnie rozpakowują nową dostawę. Wśród towarów znajduje się szopka betlejemska – dwadzieścia gipsowych figurek, niektóre pomalowane na brzydkie kolory i nieco uszkodzone. Jej widok przywodzi na myśl ojcu Timowi wspomnienie innej szopki, przywiezionej przez jego prababcię z Irlandii. Jako dziecko zawsze rozkładał ją w czasie świąt. Wiele lat później, gdy był już dorosły, figurki uległy zniszczeniu. Ojciec Tim decyduje się kupić i odnowić gipsową szopkę, chociaż nie ma w tym zakresie żadnego doświadczenia. Zadanie jest niełatwe, a dodatkowo trzeba utrzymać rzecz całą w tajemnicy, gdyż szopka ma być niespodzianką dla żony pastora...

Jest to lekka i ciepła opowieść, która może być wytchnieniem od świątecznego zgiełku, ale też może umilić oczekiwanie na Boże Narodzenie, a później podtrzymać jego atmosferę. Wrażenia po lekturze? Niedosyt. Brakowało mi tego, że nie znam wcześniejszych losów pastora Kavanagha, Cynthii, Hope Winchester, J.C. Hogana i innych. Chyba zajrzę jeszcze kiedyś do Mitford ;-).

Książka przeczytana w ramach wyzwania „Znalezione pod choinką

Moja ocena: 4/6

niedziela, 12 września 2010

Bar dobrych ludzi – J.R. Moehringer


Manhasset, przedmieścia Nowego Jorku, dzielnica Irlandczyków i Włochów. Stał tam bar Dickens (później Publicans), urządzony tak, jakby go w całości przeniesiono z irlandzkiego hrabstwa Donegal. Wychowywany bez ojca JR tam właśnie szukał towarzystwa mężczyzn, którego na co dzień mu brakowało. Z czasem bar stał się dla niego miejscem, gdzie świętował sukcesy i przetrawiał porażki, szukał odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Wspomnienia Moehringera są jednocześnie hymnem na cześć Dickensa, zapisem trudnego dorastania, historią wielkiej i niespełnionej miłości oraz opowieścią o tym, co kształtowało przyszłego dziennikarza i pisarza, laureata nagrody Pulitzera. Autor opisuje dom, w którym się wychowywał, i ludzi, którzy wywarli nań największy wpływ. Matkę, wszelkimi siłami próbującą samodzielnie utrzymać siebie i syna. Dziadka ekscentryka, który wobec obcych umiał być czarującym człowiekiem, ale domownikom uprzykrzał życie. Wujka Charlie’go, który wraz z kolegami z baru zabierał małego JR na plażę. Księgarzy Billa i Buda, którzy zadbali o jego rozwój duchowy i skłonili, aby złożył dokumenty na wymarzony uniwersytet w Yale. I nieobecnego ojca, z którym spotkał się zaledwie kilka razy w życiu.

Mnogość wątków sprawia, że można by pisać o tej powieści jeszcze długo, a i tak nie udałoby się oddać jej uroku i klimatu. „Bar dobrych ludzi” jest napisany pięknym, prostym językiem, nie brakuje w nim humoru. To jedna z tych książek, które czyta się zachłannie, nie chcąc jednocześnie, aby się skończyły.

Moja ocena: 6/6

środa, 30 czerwca 2010

Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek - Mary Ann Shaffer, Annie Barrows


Urocza, zabawna i ciepła – to bardzo trafne określenia tej epistolograficznej powieści, choć opowiada ona o niełatwych czasach. Tytułowe Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek powstało z potrzeby chwili. Skupiło ludzi, którzy znali się od lat, ale nie łączyły ich bliższe relacje. Z czasem jednak stali się bliskimi przyjaciółmi, a Stowarzyszenie pomogło im oderwać się na chwilę od przykrej codzienności i przetrwać trudy wojny. Wielu z nich wcześniej nie czytało systematycznie, zapewne dlatego z początku opowiadali o przeczytanych lekturach chłodno i rzeczowo. Z czasem jednak spotkania klubu przerodziły się w pełne emocji dyskusje. Jego członkowie nie wahali się śmiało wypowiadać swoich opinii o takich dziełach jak „Rozmyślania” Marka Aureliusza (Nuda maruda i tyle, ten Marek Aureliusz. W kółko bajdurzy, co zrobił, a czego nie zrobił. [s. 160]) czy też antologia w wyborze irlandzkiego noblisty (Wiersze wybrał gość nazwiskiem Yeats, kompletnie bez sensu! Kto to w ogóle jest i co on wie o poezji? [s. 72]).

Autorkom świetnie udało się pokazać, jak czytanie książek może zbliżyć ludzi, ale też z jakich powodów po nie sięgają – ambicjonalnych (Mój najlepszy przyjaciel, jeszcze z lat dziecinnych, zadziera nosa, bo coś przeczytał, a ja nie [s. 159]), aby zdobyć kobietę (Kobiety lubią poezję. Wystarczy szepnąć gładkie słówko, a miękną jak wosk i tylko mokra plama zostaje [s. 70]), albo po prostu dla poprawy humoru [s. 53].

Nie mniej istotnym wątkiem powieści jest okupacja niemiecka Wysp Normandzkich. Początkowo wiązało się to z pewnymi niedogodnościami życia codziennego. Z czasem jednak mieszkańcy Guernsey zaczęli odczuwać takie jej konsekwencje jak głód, brak środków czystości, rekwirowanie domów czy wysyłanie do obozów koncentracyjnych, co spotkało m.in. jedną z głównych bohaterek tej opowieści.

Postacie pojawiające się w tej książce są nakreślone żywo, z humorem i dużą dozą sympatii. Dzięki nim Guernsey jawi się jako przyjazne człowiekowi miejsce, które chciałoby się jak najszybciej odwiedzić. Warto też wspomnieć, że książka ma ładnie skomponowaną okładkę w przepięknym kolorze przydymionego błękitu. To lektura lekka i przyjemna, ale nie błaha. Polecam serdecznie!

Moja ocena: 5/6

poniedziałek, 31 maja 2010

Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya Ya - Rebecca Wells


Założyłam bloga zbyt późno, by przystąpić do wyzwania Amerykańskie Południe, nie powstrzyma mnie to jednak przed sięgnięciem po książki z listy wyzwaniowej. Zaintrygowana tytułem postanowiłam zacząć od "Boskich sekretów siostrzanego stowarzyszenia Ya Ya".
Podoba mi się w tej powieści absolutnie wszystko. Przenikające, splatające się wątki - tak jak splecione są losy opisywanych kobiet. Podróż Siddy w przeszłość - swoista autoterapia - w której przewodnikiem był album jej matki Vivi - tytułowe "Boskie sekrety...". Podróż, która pozwoliła jej lepiej zrozumieć matkę, ale i samą siebie. Opowieść o Vivi, którą życie ciężko doświadczyło, ale która nieustannie brała się z nim za bary. Historia niesamowitej kobiecej przyjaźni, która przetrwała dziesięciolecia. Królewskie Plemię Ya Ya czerpało z życia pełnymi garściami, umiało się nim cieszyć i bawić. Umiało też wspierać się wzajemnie w trudnych chwilach - gdy Sidda tego potrzebuje, niezawodne Ya Ya przybywają z pomocą.
Zauroczyła mnie Luizjana, gdzie wychowały się Ya Ya i ich dzieci. Choć nierzadkie są tam przejawy dyskryminacji rasowej, to jednak jawi się ona jako miejsce ciepłe i bezpieczne, gdzie można niespiesznie smakować życie, i gdzie czasu jest pod dostatkiem.
Stawiam tę powieść na mojej półce z książkami będącymi antidotum na chandry wszelakie, służącymi do naładowania wewnętrznych akumulatorów, czytanymi dla odprężenia po ciężkim dniu albo jako ukoronowanie dnia fantastycznego :). Z pewnością jeszcze nie raz do niej wrócę.
Moja ocena: 6/6

niedziela, 16 maja 2010

Świnia w Prowansji - Georgeanne Brennan


Wypatrzyłam tę książkę na półce w Empiku - zaintrygował mnie tytuł. Na ostatniej stronie okładki znalazłam rekomendację Roberta Makłowicza. Scharakteryzował on postać autorki, treść, po czym skrupulatnie wymienił, co spożył w trakcie lektury. To wystarczyło, abym nabyła tę książkę czym prędzej ;).
Georgeanne Brennan przeniosła się wraz z rodziną do Prowansji na początku lat siedemdziesiątych. Nie wiedziała wówczas jeszcze, że decyzja ta ukształtuje całe jej dalsze życie. Brennan została znaną i cenioną autorką książek kulinarnych, prowadzi szkołę gotowania w Prowansji i uczy prowansalskiego gotowania w Stanach Zjednoczonych, skąd pochodzi. W niniejszej książce opisuje, co jada się w tamtym regionie w różnych porach roku, i w jaki sposób przygotowuje potrawy. Opowiada o tym, jak uczyła się wytwarzać kozi ser, zdradza tajniki przyrządzania prawdziwej marsylskiej bouillabaisse oraz zbierania trufli. Jest tu wiele opisów przygotowywania jedzenia i wspólnego wielogodzinnego biesiadowania. Można też dowiedzieć się, jak urządzona jest kuchnia w prowansalskim wiejskim domu, i jak wygląda przyjęcie weselne w tamtych stronach. To pochwała spokojnego życia na prowincji, gdzie jest czas na długie spotkania z przyjaciółmi, wspólne spędzanie czasu, celebrowanie posiłków i docenianie uroków otoczenia. Gawędę kulinarną uzupełniają przepisy na regionalne dania, takie jak sałatka z koziego sera z grzankami, zupa warzywna z sosem z czosnku i bazylii, tarta z pomidorami i inne.
Książkę czyta się całkiem przyjemnie, ale zabrakło mi w niej opowieści o samym regionie i zamieszkujących go ludziach. Wprawdzie autorka opisuje spotkania z zaprzyjaźnionymi sąsiadami, jednak wspólne gotowanie wysuwa się tu na pierwszy plan. Nie napiszę, co pochłonęłam w trakcie czytania... zalecam jednak przed lekturą porządnie zaopatrzyć lodówkę :).
Moja ocena: 4,5/6